Konsumpcjonizm, zakupoholizm i influencerzy

Dzisiaj temat trochę o minimalizmie, trochę o konsumpcjonizmie, zakupoholizmie i o influencerach w tym wszystkim.

Zacznę od odrobiny własnej historii. Gdy byłam dzieckiem i młodą nastolatką, szczególnie fascynowały mnie artykuły plastyczne – uwielbiałam rysować, malować, kolorować. W tamtym czasie ogromnie ekscytowała mnie liczba różnych rodzajów kredek, pisaków, farb. Chciałam mieć wszystko. Ale nawet gdybym rysowała od rana do wieczora, nie byłabym w stanie wykorzystać całego tego nagromadzonego arsenału.

Z czasem radość z kupowania nowych zestawów zaczęła ustępować miejsca frustracji. Miałam przecież tyle świetnych przyborów, tyle możliwości… a mimo to nie korzystałam z nich tak, jak bym chciała. Zaczęło mnie to irytować – widziałam osoby, które mają malutki zestaw kilku kolorów i potrafią nimi stworzyć rzeczy, o jakich nawet nie marzyłam. A ja? Z całym tym wyposażeniem – robiłam znacznie mniej. Zaczęłam mieć do siebie pretensje, że skoro mam tyle zasobów, powinnam robić więcej. Czułam się z tym źle.

Wtedy też zauważyłam, że najwięcej satysfakcji daje mi nie kupowanie, ale… zużywanie. Kiedy kończyła mi się kredka albo wypisywał cienkopis, miałam takie wewnętrzne: „Wow, naprawdę dużo tworzyłam!”. Poczucie, że coś realnie wykorzystałam – to mnie cieszyło bardziej niż samo posiadanie.

Zaczęłam więc zadawać sobie pytanie: czy ja naprawdę potrzebuję kolejnego zestawu kredek? Czy faktycznie zużywam je w takim tempie? Odpowiedź była prosta – nie. Zdecydowanie nie. I kiedy poszłam do liceum plastycznego, w końcu mogłam w praktyce wykorzystać te wszystkie materiały, które przez lata się u mnie nagromadziły. Tam rzeczywiście szły w ruch hurtowo – i to była okazja, żeby wiele z nich realnie zużyć.

Przy okazji nauczyłam się wtedy jednej ważnej rzeczy: więcej wcale nie znaczy lepiej. I że ogromną satysfakcję daje korzystanie z tego, co się ma – do końca.

U mnie były to artykuły plastyczne, u kogoś innego mogą to być kosmetyki. Często bywa tak, że dziewczyny zaczynają interesować się makijażem i nagle okazuje się, że paletki cieni wcale nie są takie drogie – więc można kupić ich dużo. Tylko że… czy one naprawdę są wykorzystywane? W kosmetykach dochodzi jeszcze kwestia daty ważności – bo w przeciwieństwie do kredek, kosmetyki się po prostu przeterminowują. A wtedy nawet jeśli nie zostały zużyte – trzeba je wyrzucić.

Na przestrzeni lat jednym z czynników, który pomógł mi wyjść z tego, co mogę nazwać zbieractwem, i przejść do bardziej świadomego, codziennego korzystania z rzeczy, były… przeprowadzki. Wyjazd do internatu, powrót na wakacje, pakowanie się z powrotem, znowu internat, pokój na wynajem, nowe mieszkanie, potem kolejne – to wszystko sprawiło, że co chwilę trzeba było wszystko ze sobą zabierać. I nie chodzi tylko o przybory plastyczne, ale o rzeczy wszelkiego rodzaju.

Zaczęłam zauważać, że im więcej tych drobiazgów, pudełek, rzeczy „na wszelki wypadek”, tym większe obciążenie – nie tylko dosłowne, bo trzeba było to wszystko zapakować i przenieść, ale też mentalne. Czułam się przytłoczona tą ilością rzeczy, które mnie otaczają. Co innego, jeśli coś jest regularnie używane. Ale gdy coś tylko jest – bo kiedyś to kupiłam, bo „może się przyda” – to z czasem zaczynało mnie to męczyć.

I tak jak wcześniej ogromną radość sprawiało mi kupowanie kolejnych rzeczy, tak później poczułam satysfakcję z ich zużywania – np. tak jak napisałam wyżej, gdy kredka była zastrugana do samego końca. Albo ulgę podczas przeprowadzki, gdy nie musiałam już dźwigać pięciu pudeł z rzeczami, których od dawna nie ruszyłam. Najbardziej przytłaczające były właśnie te rzeczy, które od kilku przeprowadzek jeździły ze mną w dokładnie takim samym stanie – nietknięte, nieużywane.

Z czasem zaczęła mi się też podobać bardziej uporządkowana przestrzeń. Chciałam, żeby mieszkanie było funkcjonalne, użytkowe, a nie żeby połowa szuflad była zawalona rzeczami „na potem”. Wiecie, tymi wszystkimi drobiazgami z kategorii „może się przyda”. Zaczęłam się ich pozbywać i organizować wszystko tak, by w każdej szufladzie znajdowały się rzeczy, które naprawdę są używane. Okazuje się, że wtedy człowiekowi wcale nie potrzeba aż tyle miejsca. A ta przestrzeń, która jest, staje się po prostu wygodna – wszystko ma swoje miejsce, łatwo coś znaleźć, łatwo po coś sięgnąć. To zaczęło być dla mnie dużo przyjemniejsze niż chaos, który towarzyszył mi wcześniej.

Oczywiście – jako dziecko miałam to szczęście, że moi rodzice mogli pozwolić sobie na kupowanie mi tych kilku zestawów kredek, i za to jestem wdzięczna. Wiele dzieciaków nie ma takiej możliwości. Ale u mnie to poszło w stronę: „chcę mieć jak najwięcej” – i przez jakiś czas ta ilość naprawdę mnie fascynowała. Z czasem jednak nauczyłam się, że więcej nie znaczy lepiej. I dzisiaj dużo bardziej cenię sobie prostotę i porządek niż sam fakt posiadania.

Obecnie nie jest mi trudno utrzymywać ten porządek, bo stan rzeczy, jaki mam – nie wiem, czy można go nazwać minimalistycznym – ale taki neutralny, zwyczajny, po prostu mi się podoba. Czuję się z tym dobrze i nie sprawia mi to większego wysiłku. Ale żeby nie wrócić do dawnych tendencji i nie zagracić przestrzeni na nowo, mam kilka zasad, które się u mnie świetnie sprawdzają.

Po pierwsze – kiedy postanowiłam pożegnać się z tzw. „szufladami na wszystko”, zrobiłam sobie porządny rachunek sumienia. Wszystko, co było w stylu „może się przyda”, odłożyłam na bok i przemyślałam na spokojnie. Zdecydowaną większość tych rzeczy przekazałam dalej. Część trafiła do domów kultury, gdzie prowadzone są zajęcia plastyczne dla dzieci, część do dzieci znajomych, sąsiadów czy rodziny – tam, gdzie wiadomo, że będą realnie używane. Te bardziej „fancy” rzeczy artystyczne po prostu sprzedałam. Bo jeśli coś leży nieużywane od kilku lat, to szansa, że nagle stanie się niezbędne, jest niewielka. A jeśli jakimś cudem okaże się, że naprawdę tego potrzebuję – wtedy po prostu kupię i użyję. Nie ma sensu, żeby rzeczy tylko leżały i nikomu się nie przydawały.

Drugim nawykiem, który bardzo mi pomaga nie zagracać przestrzeni na nowo, jest unikanie sklepów typu Tiger, Action czy Tedi. Wiecie, tam zawsze trafi się coś ładnego – zeszycik, pisaczki, coś kolorowego, fajnego. Czasami mam wrażenie, że te sklepy są stworzone po to, żebyśmy kupowali rzeczy, których nie potrzebujemy. A że u mnie często budzi się wtedy wewnętrzne dziecko – „ojej, jakie ładne kredki!” – to lepiej po prostu do takich miejsc nie wchodzić. Teraz już potrafię się powstrzymać, nawet gdy się tam znajdę, ale prawda jest taka, że nie muszę w ogóle do nich zaglądać, skoro niczego z nich nie potrzebuję.

Przechodząc do sytuacji, w której naprawdę czegoś potrzebuję — na przykład teraz sporo koloruję, więc pisaki się zużywają i potrzebuję nowych — nie idę już do wielkiego sklepu, gdzie wszystko kusi kolorami i łatwo wrzucić coś „przypadkiem” do koszyka. Zamiast tego po prostu zamawiam konkretną rzecz. Nie przejmuję się tym, że dostawa kosztuje 14,99 zł, a pisaki 40 zł. Potrzebuję pisaków — więc zamawiam tylko pisaki. Nie przeglądam oferty, nie szukam „a może jeszcze czegoś mi trzeba”, bo okazuje się, że zanim tego nie zobaczyłam, to tego nie potrzebowałam xd

Podobnie zaczęłam postępować z planerami i zeszytami — a miałam do nich ogromną słabość. Wiem, że wiele osób ma podobnie: kupujemy kolejny planer z myślą, że teraz to już naprawdę wszystko sobie zorganizuję, nowe życie, nowa ja, pełna produktywność. Dochodzi tu więc nie tylko chęć posiadania ładnej rzeczy, ale też taka trochę iluzja kontroli nad życiem.

Z czasem zorientowałam się, że najlepiej sprawdza mi się zwykły roczny kalendarz z podziałem na tygodnie. Pierwszy kupiłam jeszcze w liceum, tani, za kilka złotych — i okazało się, że ta prostota to jest dokładnie to, czego potrzebuję. Używałam takich przez lata. Później kupiłam planer z Paper Plans — bardzo estetyczny, kolorowy — i tu również się sprawdziło, bo układ i funkcjonalność były świetne. Teraz mam drugi z tej samej serii, bo wiem, że faktycznie z niego korzystam. Planer, który faktycznie ułatwia codzienne funkcjonowanie — to super sprawa.

Ale to tyle. Nie potrzebuję innego planera do jednego projektu, innego do drugiego, dziesięciu zeszytów na różne pomysły. Mam jeden notatnik do luźnych zapisków, szkiców, pomysłów — zapisuję go od początku do końca i dopiero wtedy biorę kolejny. I to u mnie działa. Nie kupuję nowych zeszytów tylko dlatego, że mają piękną okładkę.

Zresztą — nadal mam w domu zapas notatników z czasów mojego „zbieractwa”, który spokojnie wystarczy mi na bardzo długo. I naprawdę — moment, w którym zapisuję zeszyt od pierwszej do ostatniej strony, daje ogromną satysfakcję. To takie poczucie, że wygrał zdrowy rozsądek. Że nie kupiłam „na zapas”, tylko realnie coś wykorzystałam.

W przestrzeni wokół mnie zrobiło się czyściej. Ładniej. Bo te wszystkie „ładne rzeczy”, których było już za dużo, zaczęły mnie przytłaczać. Ich ładność traciła znaczenie, a dominowało poczucie ciężaru. Może to brzmi dziwnie, ale tak właśnie to czułam — wizualny przesyt, który zabierał mi spokój w przestrzeni, w której przebywam na co dzień.

Bardzo podobnie udało mi się postąpić z ubraniami. Tutaj też pojawiała się wcześniej tendencja do kupowania czegoś tylko dlatego, że było ładne, w promocji albo „bo mogę”, szczególnie kiedy zaczęłam zarabiać własne pieniądze. Wydawało się to wtedy oczywiste – zarobiłam, to mogę sobie kupić. Tylko że z czasem zauważyłam, że większości tych rzeczy po prostu nie noszę.

Na co dzień chodzę w wygodnych ubraniach, a nie w koszulach, które wiszą w szafie i „czekają na okazję”. Ładny sweterek? Okej, ale pracuję głównie z domu i najczęściej noszę dresy. Sweter jest mniej wygodny, a do tego koty lubią zaciągać go pazurkami. Wyjść z domu mam kilka w miesiącu, więc kilka ładnych rzeczy wyjściowych w zupełności mi wystarcza. Reszta tylko zajmuje miejsce.

I to nie tylko o miejsce chodzi – takie ubrania, które leżą nieużywane, powodują chaos. Tworzą tę kupkę z tyłu szafy, którą się ciągle przepycha, przekłada, która utrudnia utrzymanie porządku. Zaczęłam zauważać, że to dokładnie to samo, co wcześniej z artykułami plastycznymi – rzeczy, których nie używam, tylko zajmują przestrzeń i obciążają mnie mentalnie.

Dlatego przestałam klikać w reklamy, przestałam zaglądać do zakładek z wyprzedażami, nawet jeśli wcześniej lubiłam asortyment danego sklepu. I co się okazało – im rzadziej to robiłam, tym rzadziej te reklamy się w ogóle pojawiały. A jeśli już się pojawiały, to nie wchodziłam w nie dalej. Nie scrollowałam, nie sprawdzałam, co jeszcze „fajnego” można by kupić.

Bo skoro nie potrzebuję nowych ubrań, to po prostu ich nie potrzebuję. Jeśli kiedyś zmieni się sytuacja – np. będę pracować stacjonarnie i naprawdę nie będę miała wystarczającej ilości ubrań na codzienne wyjścia – wtedy coś sobie kupię. Ale dopiero wtedy.

Zresztą, jak zaczęłam pracę w korporacji, to też zrobiłam „na zapas” zakupy – marynarki, koszule, spodnie… żeby wyglądać profesjonalnie. Okazało się, że do biura chodzę raz na ruski rok, a i tak wszyscy tam przychodzą w bluzach. I znowu – marynarki wisiały nietknięte w szafie, a ja miałam więcej frustracji niż radości z ich posiadania.

Dlatego w końcu postanowiłam nie tylko przestać kupować nowe rzeczy, których nie użyję, ale też pozbyć się tych, których już nie noszę. Część sprzedałam, część oddałam. I zrobiło się po prostu lżej – fizycznie i w głowie.

Udało mi się nad tym popracować i osiągnąć fajny efekt. Ale potem zaczęłam coraz bardziej działać w internecie, rozwijać swoją obecność w sieci – i pojawił się pewien dysonans. Z jednej strony sama starałam się rezygnować z konsumpcjonizmu, zakupoholizmu i zbieractwa. A z drugiej – jako twórczyni internetowa (czy jak kto woli: influencerka), przy współpracach reklamowych moim zadaniem było… no właśnie: nakłonić ludzi do kupowania.

Czyli ja próbuję mieć mniej, a mam mówić innym, żeby kupowali więcej. I to mi się nie podobało. Dlatego nigdy nie weszłam w taki agresywny sposób promowania, w stylu: „koniecznie musicie to mieć”, „kupcie teraz, bo już nigdy więcej się nie powtórzy”, „to ostatnia szansa”. Tego typu marketing nigdy nie był moim klimatem i jestem z siebie zadowolona, że się na to nie zgodziłam.

Ale będąc w tej branży, widziałam, jak powszechne i ogromne jest to zjawisko. Wydaje mi się, że najtrudniej mają tutaj dziewczyny z branży beauty – makijażowe influencerki, które dostają ogromne ilości przesyłek PR-owych. Nowe kolekcje róży, pudrów, cieni do powiek… Nowe kolory, nowe wykończenia, nowe formuły – cały czas coś „innowacyjnego”, „koniecznego”, „niesamowitego”.

I pytanie brzmi: czy naprawdę te pięć nowych odcieni różu jest aż tak niezbędne?

Właśnie w tej przestrzeni zaczęło się głośniej mówić o problemie nadmiaru – między innymi w filmikach w stylu declutter with me, w których twórczynie próbują ogarnąć ilości kosmetyków, jakich kilkanaście osób nie zużyłoby przez całe życie. A mimo to przychodzą kolejne paczki – z PR-u, ze współprac, z barterów, z płatnych kampanii.

W branży beauty często wyśmiewa się pewne zachowania – na przykład to słynne stukanie paznokciami w opakowanie i entuzjastyczne „czy wy to widzicie?”, „zobaczcie tę konsystencję, ten kolor!”. A potem… jedno użycie podczas unboxingu i koniec. Kosmetyk ląduje na półce, a do kolekcji dołączają kolejne. I właśnie te ogromne ilości zaczęły być dla mnie takim sygnałem ostrzegawczym — że coś tutaj zaczyna wymykać się spod kontroli.

Na początku mojej działalności online zauważyłam, jak łatwo się na to nabrać. Choć nie siedziałam w beauty, wystarczyło, że zobaczyłam jakiś viralowy filmik – i już miałam w głowie: „fajne, nie takie drogie, może bym kupiła”. A przecież normalnie nawet by mi to nie przyszło do głowy. Dopiero jak influencerka coś postukała, coś pomalowała – to nagle stawało się „potrzebne”.

Dlatego wiedziałam, że nie chcę być częścią tego mechanizmu. I choć nie byłam typowym targetem marek beauty – bo moje treści dotyczyły raczej body positive, siłowni, codzienności, z przymrużeniem oka – to zdarzały się propozycje. Może nie od luksusowych marek, ale od firm z kosmetykami codziennego użytku – i to zarówno paczki PR-owe, barterki, jak i współprace płatne.

W przypadku paczek PR-owych – które influencerzy dostają bez żadnych zobowiązań – często po prostu pokazuje się je na stories: „hej, firma X wysłała mi to i to”. Na początku to budzi ekscytację. Serio. Czujesz: „wow, nic nie muszę robić, a ktoś chce mi coś dać”. I łatwo się tym zachłysnąć – szczególnie jeśli kiedyś nie miało się do takich rzeczy dostępu, a teraz możesz je dostać… za darmo.

I tu pojawia się problem – bo nie tylko twórcy, ale też odbiorcy łatwo dają się wciągnąć. Przecież jeśli coś jest z kodem rabatowym, „tańsze tylko dziś”, to czemu by nie kupić? Łatwo wpaść w tę spiralę, zanim człowiek nauczy się rozpoznawać marketingowe triki i się na nie uodporni. A zanim ta odporność się zbuduje, to… no cóż, trochę się nakupuje.

Dlatego uważam, że da się ten marketing prowadzić lepiej. Może nie idealnie – bo rzadko kiedy coś jest idealne – ale na pewno etycznie. I w tym kierunku sama staram się iść.

Przykład? Kiedy dostaję wiadomość typu: „podaj adres, wyślemy Ci paczkę PR”, to nie podaję go od razu z entuzjazmem. Najpierw pytam: „a co dokładnie w tej paczce ma być?”, „co to za firma?”. I w 99% przypadków okazuje się, że to coś, czego po prostu nie potrzebuję. Więc grzecznie odpisuję: „dziękuję, ale nie skorzystam”. Dzięki temu moja przestrzeń dookoła mnie nie zaczyna się znów zagracać rzeczami, które tylko by leżały.

Wydaje mi się, że świadomość społeczna w tym temacie naprawdę rośnie – coraz więcej osób nie daje się już tak łatwo złapać na marketingowe chwyty. Choć nie ma co ukrywać – końcówka roku to czas, w którym firmy i agencje marketingowe mają największe budżety na współprace z twórcami. Black Friday, święta, prezenty – to moment, kiedy ludziom najłatwiej wydaje się pieniądze, a więc i najłatwiej ich do zakupów przekonać.

I tutaj wracamy do tego wspomnianego wcześniej dysonansu. Bo jeśli chcesz zarabiać w mediach społecznościowych, to oczywiście możesz mieć własny produkt – i ja też w tę stronę poszłam. Ale zależało mi, żeby to nie był tylko sposób na zarobek, ale też coś, co faktycznie wnosi wartość. Dlatego stworzyłam plany treningowe – zarówno dla początkujących, jak i bardziej zaawansowanych – z wideo instruktażami, krok po kroku. Mnóstwo pracy, świetny efekt i naprawdę bardzo dobry odbiór. Wiem, że te materiały nauczyły wiele osób, jak trenować z głową. I jestem z tego dumna.

Bo to jest właśnie ten sposób działania, który uważam za moralny i uczciwy – stworzyć coś, co komuś realnie pomaga. Nie tylko „ładnie wygląda” albo „fajnie się klika”, ale pomaga ludziom zadbać o zdrowie, sprawność, poczuć się lepiej w swoim ciele. Podobnie było z moją „Instrukcją obsługi siłowni” – to materiał, który tłumaczy ludziom, co i jak działa na siłowni, żeby nie czuli się zagubieni. I to też było bardzo potrzebne, bo taki materiał wcześniej po prostu nie istniał.

Dlatego uważam, że da się prowadzić działalność w sieci w sposób, który łączy darmowe treści – dające wartość, uśmiech, wiedzę – z płatnymi produktami, które również są wartościowe i po coś. I że da się zarabiać, jednocześnie będąc fair wobec swojej społeczności. Nie wspominam o swoich ebookach co chwilę, nie robię nachalnych promocji.

Ale też trzeba sobie jasno powiedzieć – największą częścią dochodów influencerów wciąż są współprace z firmami. A firmy chcą sprzedawać. To nie są działania charytatywne – każdy chce zarobić, to normalne. Influencer staje się po prostu kolejnym narzędziem do zwiększenia sprzedaży. I tak – pieniądze w tej branży potrafią być bardzo duże. Dlatego tak wielu twórców decyduje się na ten „bazarek” u siebie. Nie oceniam – może to z nimi rezonuje. Mówię tu po prostu o sobie.

Jestem w pełni świadoma, że gdybym brała wszystko, co mi proponują, moje zarobki byłyby 3–4 razy większe. Ale nie jestem w stanie tego robić. Nie dlatego, że chcę być postrzegana jako „etyczna”, tylko dlatego, że po prostu to nie jestem ja. Te pieniądze nie są mi potrzebne – przynajmniej nie za taką cenę. Widząc, jak mocno działał na mnie influencer marketing, jak trudno było się przed nim obronić, nie chcę być po drugiej stronie tej gry. Nie chcę robić tego samego innym.

A jednocześnie rozumiem, że z logicznego, finansowego punktu widzenia to wszystko się opłaca. Tyle że ja nie potrafię oddzielić tego, co się opłaca, od tego, co czuję. Nie umiem się tym „nie przejmować”.

To trudna sprawa. Granica jest cienka. I naprawdę bardzo łatwo ją przekroczyć.

Ja się tego wszystkiego też wciąż uczę. Uczę się tego, żeby się nie „wywracać” – bo tak, chcę zarabiać na swojej działalności, wiem ile daję od siebie za darmo. Tworzenie treści to dla mnie ogromna przyjemność, ale jednocześnie poświęcam na to masę czasu – i na tworzenie materiałów, i na odpowiadanie na wiadomości, komentarze, kontakt z tysiącami osób każdego dnia. Chcę tę pracę monetyzować – i wydaje mi się, że to całkowicie normalne.

Ale coraz częściej czuję potrzebę, żeby podkreślać pewne rzeczy. Z niektórymi firmami jestem już od dawna i zarówno ja, jak i Wy dobrze wiemy, że promocje są tam regularne. Cykliczne. To nie jest tak, że jeśli nie kupicie teraz, przy -40%, to już nigdy nie będzie tak tanio. Widzicie, że te rabaty wracają – raz są podpięte pod jakieś święto, raz po prostu są.

Wydaje mi się, że już dawno powinniśmy wyjść z myślenia „jest promocja – rzucam wszystko i lecę kupować”. Jeśli czegoś faktycznie potrzebujesz, to taka zniżka jest świetną okazją. Ale jeśli masz kupować tylko dlatego, że „tanio”, i potem z tego nie korzystać, albo – co gorsza – mieć przez to problem finansowy pod koniec miesiąca, to po co? To serio – po co?

Uważam, że jako twórczyni w internecie mam tutaj realny wpływ i odpowiedzialność. I dlatego staram się nie pokazywać wszystkiego jak leci. Na przykładzie moich współprac – korzystam z tych rzeczy (ubrania sportowe) praktycznie non stop. Nie mam za bardzo ubrań innych marek. I jasne, z jednej strony to buduje zaufanie – widzicie, że naprawdę tego używam. Ale z drugiej strony, po prostu tak jest – to są rzeczy, które się u mnie sprawdziły, więc je noszę.

To też daje Wam możliwość zobaczenia, jak te produkty sprawdzają się w czasie – a nie tylko w dniu unboxingu. Nie znikają po jednej rolce. To nie jest tak, że pokazuję paczkę PR, raz coś założę, raz pokażę – i po sprawie. Myślę, że dzięki temu to, co robię, zaczyna przypominać bardziej takie koleżeńskie polecenie. Hej, ta bluza naprawdę mi się sprawdza. Nie kulkuje się, dobrze się nosi, wygląda po pół roku tak a tak. To jest rzetelniejsze.

Choć oczywiście – nie mam pewności, że ktoś kto tą bluzę, mimo że ma już piętnaście innych i żadnej więcej nie potrzebuje. Bo moja reklama będzie na tyle przekonująca, że po prostu się na nią skusi. I to mnie czasem trochę gryzie. Dlatego zaczęłam coraz częściej mówić głośno: jeśli czegoś nie potrzebujesz – to tego nie kupuj.

Na początku tego nie robiłam, bo wydawało mi się, że przecież to oczywiste. Ludzie sami podejmują decyzje – jak potrzebują, to kupią, jak nie, to nie. Ale teraz coraz częściej myślę, że trzeba to po prostu jasno i głośno mówić. Uważam też, że to jest w pewnym sensie moja odpowiedzialność. Jeśli coś reklamuję, jeśli na tym zarabiam – to chcę mieć pewność, że zrobiłam wszystko, żeby ludzie czuli się dobrze ze swoją decyzją, a nie jakby zostali zmanipulowani.

Większość osób, kiedy słyszy słowo influencer, od razu wyobraża sobie kogoś, kto wrzuca selfie, nagrywa krótkie filmiki do trendującej muzyki, jest z jakiegoś powodu znany – może zrobił kiedyś coś głupiego, kontrowersyjnego, może po prostu „wybił się” i od tego czasu na jego profilu pojawiają się głównie reklamy. Widzimy, że na tym zarabia. Widać też często całkowity brak zaangażowania – zero odpowiedzi na komentarze, żadnego kontaktu z odbiorcami. Mimo to, takie osoby często gromadzą wokół siebie ogromne społeczności, szczególnie wśród młodszych odbiorców.

Zawód influencera jest jednym z najbardziej negatywnie postrzeganych zawodów społecznie, a jednocześnie – kiedy zapytamy młodych ludzi, kim chcą zostać w przyszłości – influencerzy są jedną z najczęściej podawanych odpowiedzi. I to pokazuje pewien paradoks.

Bo domyślnie, kiedy wchodzisz do tej branży, zaczynasz być postrzegany jako przestrzeń reklamowa. Po prostu stajesz się banerem, który można wynająć za odpowiednią stawkę. I z punktu widzenia wielu firm to właśnie jesteś – miejscem, w którym można umieścić swój przekaz reklamowy.

Nie sądzę, żeby influencerzy przestali brać dobrze płatne współprace. Nawet jeśli czasem trzeba się nagiąć, to w zamian dostają wysoki poziom komfortu życia (no bo piniondze). I choć fajnie byłoby wierzyć, że ten system się zmieni, że reklamy staną się bardziej etyczne i mniej natrętne – to jednak nie sądzę, żeby to wydarzyło się szybko (chociaż obecnie idzie w trochę lepszą stronę).

Dlatego chyba najrozsądniejszą drogą jest nauczyć się budować odporność na to wszystko. Nie liczyć na to, że zjawisko zniknie, tylko wzmacniać swoją własną uważność. Nie kupować pod wpływem chwili. Nie zapychać szuflad, jeśli czegoś naprawdę nie potrzebujemy.

I tej odporności Wam życzę 🙂

Dodaj komentarz