Czy każdy może zarabiać miliony za pomocą telefonu, pracując 2 godziny dziennie na plaży? Czy „biznes online” jest tak banalnie prosty?

No właśnie niekoniecznie. Zawędrowałam kiedyś (pewnie nie tylko ja ;)) w takie zakątki instagrama, w których z każdego kąta wyskakiwała „trenerka biznesu” i inni CEO of their life, tłumaczący, że wystarczy chcieć, postarać się i już niedługo będziemy mogli pracować tylko 2 godziny dziennie leżąc na plaży na Majorce a nasz produkt online będzie gwarantował nam dochód. Do tego wystarczy nam jedynie smartfon, a zestaw wymagań, jakich spełnienie jest potrzebne do takiego lotu w kosmos i zbierania gwiazdek z nieba to tylko i wyłącznie umiejętność jego obsługi.

To wszystko może dziać się dzięki temu, że zbudowaliśmy silną markę osobistą a jeśli nie wiemy jak to zrobić, to mogą nam zaoferować ich kurs w wyjątkowe cenie, ale trzeba się spieszyć, promocja kończy się już jutro i cena znacznie wzrośnie. W kursie ci dobrzy, wielkoduszni, niemalże wolontaryjnie działający ludzie pomogą nam odkryć naszą własną potęgę – w chwili obecnej zdeptaną, stłamszoną przez świat, który polega przecież na oszukiwaniu nas i pilnowaniu, żebyśmy przypadkiem nie wyszli z matrixa, w którym może nas wygodnie kontrolować.

Po pierwsze, jakby to wszystko serio działało, to ¾ społeczeństwa leżałoby na plaży na Majorce z laptopem na kolanach pławiąc się w pieniądzach. Znajdźcie w swoim otoczeniu kogoś, kto nie ma smartfona i nie umie go obsługiwać. Pamiętajmy, że całej reszty insta kołcz nauczy nas tego w kilka godzin kursu, nie ma się czym martwić.

Po drugie, wyobraźcie sobie że znajdujecie jakąś żyłę złota. Sposób, który pozwala Wam fajnie zarabiać przy niskim wysiłku. Krzyczycie do całego świata CHODŹCIE ZOBACZYĆ TĄ ŻYŁĘ ZŁOTA I WEŹCIE SOBIE TROCHĘ!! czy wolelibyście zachować żyłę złota na własne potrzeby? Nie mówimy tu o toksycznym egoizmie, ani o tym, że nie pomoglibyśmy kuzynce która właśnie straciła pracę i nie ma jak opłacić czynszu i rachunków. Mówimy o afiszowaniu się tą żyłą złota i – tłumacząc działania instakołczów najbardziej bezpośrednio – proszeniu ludzi, żeby zaczęli z niej korzystać. Śmierdzi, no nie?
No właśnie. Bo oni Wam nie za bardzo chcą dawać dostęp do żyły złota. Wy jesteście ich żyłą złota 🙂
W teorii pewnie to wiecie. Czujecie w środku, że lampka alarmowa pali się bardzo mocno, aż was razi w oczy tą czerwienią. Zbyt piękne, zbyt proste. Przeanalizujmy więc, co kryje się pod tą powłoką piękności i prostości.

Wspólna cecha wszystkich łowców jeleni: brak klarowności, ergo „Napisz DM, to wyjaśnię ci szczegóły ”
Nigdy na profilach naganiaczy nie znajdziecie dokładnych informacji, na czym ten ich biznes polega. W każdej rolce i w każym tiktoku widzimy tylko ich dostatnie życie i informacje, że mogliby nam wytłumaczyć co zrobić, żeby żyć jak oni, ale my scrollujemy dalej. W komentarzach pojawiają się pytania – „no dobra, ale to co mam zrobić żeby tak pracować?” i odpowiedź na to pytanie zawsze mówi, że jeśli chcesz dowiedzieć się, jak dołączyć do elitarnego grona, musisz napisać do nich wiadomość prywatną a wtedy oni za rączkę poprowadzą cię ku szczęściu.

Czemu tak?

Bo gdyby szczegółowe informacje o dołączeniu do ich biznesu umieścili w widocznym, dostępnym miejscu (na przykład wyróżniona relacja na instagramie), ludzie by to sobie przeglądnęli i 90% z tych przeglądających dysponowałoby wystarczającą ilością szarych komórek żeby zrozumieć, że to scam. Spośród tych, którzy by jednak dali się złapać w podstępną sieć, części nie chciałoby się pisać i angażować, odpuściliby temat. Tyle straconych jeleni, które można upolować każąc napisać im DM… ponieważ kiedy coś piszemy, o wiele mocniej przywiązujemy wagę do naszego potencjalnego zaangażowania. Słowo pisane przez nas samych ma na nas samych o wiele większy wpływ, niż rzucona w powietrze deklaracja „no może”. Jest gdzieśtam większa szansa, że postanowimy przynajmniej spróbować, z ciekawości podjąć się tego, co ta dobroduszna istota chcąca dzielić się swoim bogactwem nam proponuje.

Po drugie – w wyróżnionej relacji na instagramie, którą sugerowałam wyżej (i z której masa normalnych przedsiębiorców i przedsiębiorczyń korzysta, żeby streścić swoją ofertę!) ciężko byłoby zmieścić całe wodolejstwo, jakim można biednemu potencjalnemu jeleniowi sypać w DM. Wodolejstwo ma wplecione w siebie mnóstwo perswazyjnych sztuczek – mających na celu sprawienie, żeby jeleń zrobił kolejny kroczek lub dwa w kierunku zastawionej na niego siatki. I niestety, spora ilość osób na takie sztuczki jest podatna. Ja, kiedy testowo i dla researchu pisałam do łowców jeleni z pytaniem co mam zrobić żeby żyć tak cudownie jak oni (stay tuned, rezultaty tego eksperymentu mamy w dalszej części wpisu!), skręcałam się w środku widząc, jak wklejają kolejną i kolejną templatkę tekstu przygotowaną na pytania jelenia… bo jelenie zwykle mają podobne pytania, więc autmatyzacja biznesu tychże polujących jest zaawansowana. Tu im się akurat nie dziwię, bo nie ma sensu wkładać wysiłku w selekcję jeleni. Ewentualny wysiłek można włożyć dopiero w te egzemplarze, które wplątały się w siatkę – pułapkę.

To jakie „biznesy online” robią ci łowcy jeleni?

  1. Piramidki finansowe – platformy szkoleniowe (nawet nie czuję kiedy rymuję)Ostatnio najpopularniejsza jest ta dotycząca tradingu i kryptowalut – to znaczy to jest przykrywka XD Naganiacz będzie chciał ci sprzedać dostęp do „ekskluzywnej” platformy szkoleniowej. Najlepiej ten VIP dostęp, najdroższy (kilka tysięcy), bo w swój rozwój należy inwestować. Dostajesz dostęp do szkoleń (podobne treści można znaleźć za darmo w internecie) i do grupki, na której są puszczane sygnały, kiedy rzekomo warto inwestować na giełdzie i w co. Mało kto na tym inwestowaniu zarabia. Trading może być źródłem dochodu, ale to nie tak, że da się go nauczyć dzięki kilku PDFom od łowcy jeleni. Może się uda zarobić jakieś grosze. Czy uda się spłacić comiesięczny dostęp do „platformy szkoleniowej”? Raczej nie. Na czym zarabia łowca jeleni, na tym że wygracie 14,56 zł na giełdzie, czy na tym, że co miesiąc bulicie 6000 zł za dostęp – a jako że to on was złowił, dostaje od tej kwoty prowizję?
    Ktoś, kto złowił waszego łowcę jeleni, dostaje prowizję również za osoby, które złowił złowiony przez niego łowca jeleni, i tak działa piramida.
    ⦁ Według informacji zdobytych przez pewnego ambitnego poszukiwacza prawdy, do gry wchodzi też psychologiczna manipulacja i szantaż. Jak już jesteś jeleniem i nie wystawisz pozytywnej opinii swojemu łowcy, to dwa baty w d00pę. Jak nie dokupisz dodatkowego szkolenia które jest specjalnie dla ciebie organizowane (chociaż o nic takiego nie prosiłeś), to znaczy że nie zależy ci na rozwoju, nie pasujesz do ambitnej grupy walczącej o lepsze jutro. Masz zapłacić, mamy dane twojej karty, do tego 4 baty w d00pę. Nie zwerbowałeś więcej niż 10 osób w tym miesiącu? Szykuj d00pę. Nie wrzucasz codziennie story i rolek o tym, że wystarczy napisać do ciebie DM żeby zmienić swoje życie i osiągnąć pasywny dochód pozwalający na wyjazd do Dubaju co weekend? Szykuj d00pę. Jak wynajmą salę to masz tam przyjść i nagrać filmik, że niby odbierasz prestiżową nagrodę wśród setek ludzi, którzy biją ci brawo i wrzucić też jako rolkę. Potem siadasz wśród publiczności, kolejny łowca/jeleń wstaje i nagrywa swój odbiór nagrody, a ty bijesz brawo.A jak coś sobie ugrasz na tym tradingu, to spoko, ale od tego też bierzemy prowizję.

    ⦁ Jak chcecie zarabiać na kryptowalutach, giełdzie, tradingu, to najpierw pouczcie się z darmowych materiałów – kanałów na youtube, blogów. Nie potrzebujecie do tego grupy, która tradingiem zajmuje się tylko rzekomo. Są testowe platformy, gdzie można inwestować nieistniejące pieniądze żeby sprawdzić jak działa giełda. Można dla testów samemu inwestować jakieś drobniaki – kwotę, którą wiecie, że możecie stracić. I krok po kroku zacząć ogarniać temat, jeśli macie do tego łeb i chęć. Nie potrzebujecie w tym celu piramid.

  2. Afiliacja, „polecanie produktów finansowych”Identiko mechanizm działania jak przy wyżej wspomnianej piramidzie, ale sprzedawane jest coś innego. Jeśli szukaliście kiedyś ofert pracy na OLX, z pewnością zauważyliście takie:

    Jak to możliwe, że jest od groma ofert tak łatwego zarobku? W pierwszym momencie pewnie pomyślicie że jakaś gwiazdka spadła wam z nieba, to niemożliwe, biere bez zastanowienia. 2-3 godziny dziennie poklikam zamiast scrollowania tiktoka i wleci na konto 15 tysięcy (tak, takie zarobki podają niektóre z tych ofert XD). Ludzie latami pną się po szczeblach kariery, żeby zostać managerem zarabiającym 15k, a ja mogę z kanapy w domu, zbijając bąki, przez 2-3 h dziennie. Widzicie jak to brzmi? No oczywiście, że to jest scam.W ramach eksperymentu, napisałam kiedyś odpowiedź na taką ofertę (nie jest tam wymagane CV, ważna jest jedynie chęć do pracy). W odpowiedzi dostałam wiadomość, że świetnie trafiłam bo akurat dzisiaj będzie spotkanie na zoom’ie, na którym sam CEO będzie szkolił nowe osoby. Mogę bez zobowiazań wejść na to spotkanie i zobaczyć, o co chodzi. Czaicie? Bez zobowiązań, obca osoba na spotkanie firmowe prowadzone przez właściciela firmy. Weszłam na tego call’a, nie było możliwości włączenia mikrofonu – mówił tylko ów CEO. Przez około godzinę nie powiedział niczego, niczego odnośnie tego co to za praca, na czym polega. Mówił o walce o lepsze jutro, o tym jak wyszedł z biedy, o tym, że kiedyś jadł same zupki chińskie i zalewał je zimną wodą bo nie było go stać na prąd i podgrzanie jej. O tym, że ta praca zmieniła jego życie, że teraz wykręca wyniki pięcio lub sześciocyfrowe. Że ważny jest mindset, że tu chodzi o wolę walki, ważna jest motywacja. Czat był aktywny – i coraz więcej uczestników calla (kandydatów na jelenie) zadawało pytania o konkrety. Co należy do obowiązków w tej pracy? Na czym się zarabia te rzekomo wielkie pieniądze? Umowa o dzieło czy zlecenie? Widząc takie pytanie, CEO się ogromnie bulwersował mówiąc, że jeżeli ktoś nie jest na tyle cierpliwy żeby posłuchać o tak ważnych rzeczach i je zrozumieć, to może od razu wyjść, bo nie nadaje się do tej pracy. On chce tutaj tylko ludzi ambitnych. I on od razu nam mówi, że nie wszyscy dostaniemy się do zespołu, nie ma takiej opcji. Zostaną wybrane tylko i wyłącznie osoby, które mają mindset zwycięzcy.


    Powoli i opornie przeszedł do czegoś konkretniejszego. Praca miała polegać na oferowaniu usług bankowych. Jakoś tak to ujął. Tłumaczył, że to easy peasy bo każdy ma konto w banku. A my – pozwólcie że skondenduje jego pierdolenie przez godzinę – mamy łapać ludzi, którzy z naszego linku afiliacyjnego założą konto w banku i dostaną z tego bonus 200 zł. A my prowizję 400 zł. 4 takie polecenia dziennie i mamy ładną dniówkę, 1600. Kolejnym z obowiązków jest zapraszanie na zoom’y, które jak się okazuje nie są niczym wyjątkowym („świetnie trafiłaś, akurat dzisiaj jest spotkanie!”) tylko są średnio 3x w tygodniu XD

    Dobra, ale lecimy po wisienkę na torcie. Na koniec spotkania zostaliśmy poinformowani, że teraz odbędzie się szkolenie i że na pewno nie każdy je zda. Szkolenie będzie obejmowało informacje o bankach i finansach, tak żebyśmy byli gotowi na przyszłą pracę. Edukacja na temat finansów, tak mówili. Dokładnych informacji mieli nam udzielić nasi „liderzy”. „Lider” to osoba, która nas zwerbowała i z której linku weszliśmy na zoom’a. Mój lider wysłał mi informację, że szkolenie polega na założeniu 4 kont bankowych w różnych bankach, poprzez link, jaki on nam wyśle. W żaden inny sposób szkolenie nie zostanie zaliczone. Chodzi o to, żebyśmy „obyli się” z różnymi bankami, zobaczyli jak wygląda zakładanie kont. ROZUMIECIE TO? XD Celem mojego „lidera” było zwerbowanie mnie na calla i sprawienie, że założę 4 konta w ramach KURWA, SZKOLENIA XD i on sobie zarobi 1600 w jeden wieczór. Następnie to ja będę na OLX i różnych innych miejscach szukać jelonków, werbować ich na calla, kazać im brać udział w szkoleniu, założyć 4 konta. Wtedy ja dostanę za nich prowizję i mój lider też dostanię prowizję za moje jelonki. Dokładnie taka sama zależność jak na obrazku, jaki Wam narysowałam w punkcie 1.


    Dobra, ale załóżmy, że nie mamy podstawowej ludzkiej przyzwoitości, jesteśmy gotowi na werbowanie. Na pranie mózgu osobom, które być może są w ciężkiej sytuacji życiowej, być może nie są wykształcone, być może nie miały jak i od kogo nauczyć się, że nie wszystko w internecie jest prawdą. Może desperacko potrzebują pieniędzy. Czy można na tym zarobić? Można. No bo dostajemy te pieniądze, jak ktoś założy to konto. Ale… ile macie kont bankowych? 1? 2? Coś koło tego pewnie. Potrzebujecie kolejnego? Tylko po to, żeby zarobić jakieś 200 zł? Wyobraźcie, że kilku-kilkunastu osobom tygodniowo chcecie wmówić, że potrzebują kolejnego konta, a najlepiej czterech. No przecież to się ni kupy ni dupy nie trzyma, już prościej wciskać kosmetyki z Avonu, bo ich przynajmniej ludzie będą – być może – używać i je zużywać. Ale konta? Każda osoba chcąc mieć kolejne idzie do banku i je zakłada. A nie, że w momencie jak napisze do niej jakiś łowca jeleni, to mówi O W SUMIE ŚWIETNY POMYSŁ, ZAŁOŻĘ DO NICZEGO NIE POTRZEBNE MI KONTO. ALBO CZTERY, JAK SZALEĆ TO SZALEĆ.

    Dodatkowy kruczek: czasami nie tylko założenie konta jest wymagane, żeby dostać za jelenia prowizję. Jeleń być może będzie musiał spełnić „jakieśtam proste warunki” jakie daje bank, na przykład zrobić transację na 1, 2 zł, zapłacić kartą. Jak to ujął mój „lider”, „będziesz sobie musiała pilnować żeby to robili, żeby pieniądze ci nie przepadły”.

    Czysto teoretycznie – werbujecie po 5 osób na każdego zoom’a (3 zoom’y w tygodniu). Spośród waszych 15 jeleni, 10 uzna że to scam, a 5 uzna, że dobra – spróbuję. Spośród 5, którzy chcą spróbować, 2 jednak odpadnie bo uzna że nie chce zakładać 4 kont w ramach „szkolenia”. Zostają 3 jelenie. Każdy z nich zakłada 4 konta. Łącznie 12 kont, za każde dostajecie 400 zł. 4800 w tydzień. Ładnie. No nie? No tak, dlatego to się kręci. Zawsze się znajdzie ktoś, kto się nabierze. Fajnie tylko by było, jakbyście nie byli to wy… bo przechodzimy do wisienki na wisience, czyli tego, jak dokładnie należało wykonać instrukcje do „szkolenia”.


    Dostałam link do „szkolenia”. Spersonalizowany. Hasłem, jakim miałam się do niej dostać, było imię i nazwisko mojego „lidera”. W linku kryła się stronka internetowa, na której widniały 4 miniaturki logo banków. Każda z nich była rzekomym odnośnikiem do strony zakładania konta. 4 rozpikselowane logo, na nieestetycznie i nieprofesjonalnie wyglądającej stronce z podejrzanym URL, mające przekierować mnie do strony, na której podam swoje dane łącznie z PESELem, adresem zamieszkania, imionami rodziców, danymi pracodawcy i innymi, jakich dany bank może wymagać. Mam nadzieję, że świadomość społeczeństwa się zwiększa. Mam nadzieję, że coraz więcej osób zauważy, że to wcale może nie być strona Pekao, może w URL sprytnie umieszczono literkę wyglądającą jak „o”, ale będącą innym symbolem. Być może podajemy nasze dane nie bankowi, a komuś zupełnie innemu. Nie mam na to dowodów, ale przez myśl przeszło mi, że być może owszem, mój lider dostanie prowizję za to że założę to „konto”, ale być może CEO całego scamu zarobi odrobinkę więcej niż mój lider na tym, że zbierze sobie wszystkie te formularze i sprzeda wrażliwe dane osobowe tym, którzy dobrze płacą. Nie wiem, tak tylko dywaguję. Być może faktycznie jest to legitna strona Pekao, ale z nakładką sprawiającą, że ktoś może czytać co wpisujemy. Być może założymy sobie to legitne konto na legitnej stronie, zrobimy z niego transakcje, lider dostanie 400 zł, a CEO będzie sobie mógł – ponownie – zarobić na waciki z naszych danych.


    Na tym etapie skończyła się moja „przygoda” z tą scamerską afiliacją. Poinformowałam „lidera”, że życzę powodzenia w łapaniu jeleni, ale ja nim się stawać nie zamierzam.

    I teraz tak: afiliacja jest sposobem na zarobek. Może być legalnym i normalnym sposobek na zarobek. Ale z reguły nie w tak scamerskich, piorących mózg (cała ta gadka o mindsecie) sektach. Na przykład ja, po podpisaniu umowy z MyProtein, poprzez ich portal, w którym zostało mi stworzone konto, mogę generować linki afiliacyjne do konkretnych produktów bądź do głównej stronki MyProtein. Jeśli ktoś kliknie w mój link, będzie widział normalną stronę MyProtein, i będzie to normalna strona MyProtein. Złoży normalne zamówienie (na cokolwiek, niekoniecznie na produkt, do którego prowadzi link), zostanie ono skompletowane i wysłane do niego. 30 dni od tego momentu, jeśli nie zostanie zgłoszona żadna reklamacja lub zwrot, prowizja w wysokości ustalonej w mojej umowie, zostanie przelana na moje konto na tym portalu, a ja mogę wypłacić sobie ją na swoje konto (prywatne lub firmowe, można ustawić dowolnie). To jest legalna i normalna afiliacja.

    Podobnie może to działać w przypadku używania kodu rabatowego danego influencera, ale większość firm preferuje używanie linków, wtedy o wiele dokładniej i prościej mogą kontrolować cały proces.

    No właśnie, danego influencera. Gdyby nie to, że produkty mogę promować na swoich mediach społecznościowych wśród dziesiątek tysięcy odbiorców, jak miałabym pozyskiwać osoby, które klikną w mój link i do tego jeszcze coś kupią? I to najlepiej nie jednego batonika, tylko kilka ubrań i jakiś sprzęt? Nagabywanie znajomych na messengerze, urabianie cioci na imieninach? Zarobek rzędu 20 zł miesięcznie?

    Próbuję powiedzieć, że ciężko jest zarabiać z afiliacji, nie mając swojej grupy odbiorców – najlepiej takich, którzy nam ufają na tyle, żeby coś „od nas” kupić.


    To może działać, może generować spore zyski, ale nie jest wcale magicznym sposobem powodującym, że umieścicie link w opisie profilu, który obserwuje 413 osób, i co chwilę będą wam pikać powiadomienia, że ktoś coś kupił. Nawet przy aktywnym marketingu tych zakupów nie dokonałoby pewnie więcej niż 0,5-1% waszych obserwujących. Takie są zwykle szacunki na to, ile osób potencjalnie kupi nasz produkt. 2-3 osoby z naszych 413 kupią coś za 100 zł, dostaniemy z tego po 10% prowizji, czyli 20 zł. Ale jedna coś zwróci bo jej rozmiar nie pasuje, więc nam zostanie 10 zł.

    Ale jeśli na koncie 500 000 obserwujących, poprzez link kupi coś 4500 osób, zrobią zamówienia za średnio 200 zł, dostaniemy z tego 10%, to mamy 100 000 zł. Zwroty, reklamacje, podatek, powiedzmy że nawet i 50 000 zł netto. To już są inne pieniądze, ale żeby je zarabiać, trzeba najpierw mieć grupę 4500 osób, które coś od nas kupią.

    Na podobnej zasadzie jak moje MyProtein działają linki afiliacyjne na Amazonie. Możecie często zauważyć, głównie na kontach zagranicznych influ, że mają w bio link do Linktree (stronka, gdzie można wrzucić wiele linków, bo wszystkie by się nie zmieściły w opisie Instagrama), a w Linktree linki do konkretnych produktów na Amazonie, na przykład do outfitów albo sprzętu, który ostatnio recenzowały. Klikniecie, kupicie, wpadnie im kilka groszy.


    Odnośnie afiliacji, wędrując wśród tiktoków o „low effort side hustle”, trafiłam na propozycję założenia konta na portalu, na którym mamy konkretne produkty do polecania. Autorka sugerowała, że wystarczy podpiąć ten link do jakiegoś obrazku na pintereście. Na przykład generujemy linka do książki o tresurze psów, na pinteresta wrzucamy zdjecie słodkiego szczeniaczka prowadzące do stronki z książką. Masa osób zobaczy tego pina, kliknie i kupi, no nie? No nie XD po pierwsze, pinterest nie winduje zbytnio w górę randomowego zdjęcia szczeniaczka. Może zobaczy je kilka, kilkanaście osób. A nawet jeśli i kilka tysięcy, to po kliknięciu i zobaczeniu książki jakiej zapewne nie potrzebują, wyjdą ze strony. Nie mogę mówić w imieniu wszystkich takich portali, ale ten, który polecała dana tiktokerka, wyglądał podobnie brzydko jak ta strona z logo 4 banków. Kto normalny poda na czymś takim swoje dane i złoży zamówienie?
    Afiliacja przez pinteresta ma sens, bo ludzie faktycznie mogą kliknąć tam w link, ale takie portale które mają nam to „ułatwić” raczej tego wcale nie zrobią.

    Kiedy może działać? Ja na przykład umieściłam kilka grafik ze swoich ebooków na pintereście, podpięłam do nich link prowadzący do mojej strony internetowej. Jak ktoś dokona zakupu, do dostaję hajsik (tu już bez prowizji, bo to moja strona więc wszystko moje + skarbówki). Pinterest jest spoko, ale nie aż tak spoko jak mówi pani z tiktoka. Nie wybudujemy za to domu nad jeziorkiem ani nie polecimy na Malediwy.

  3. Inne “low effort side hustles”
    Wypełnianie ankiet, wniosków, tłumaczenie prostych tekstów. To wszystko istnieje i działa na wielu stronach, ale haczyki są takie, że masa ludzi to robi – ciężko „złapać” jakieś zlecenie/zostać dopasowanym do jakiejś ankiety. Jak już się uda, to często za 20-30 minut wypełniania dziwacznych pytań dostajemy 2 zł 13 groszy. Można szukać i próbować, ale to często nie jest warte drobniaków, jakie są za to płacone. Nierzadko też „wypełnianie wniosków” nie jest do końca fikcyjne. Trzeba podać i zweryfikować adres email. Jak chcemy zrobić ileśtam wniosków dziennie, trzeba mieć ileśtam istniejących adresów email. Być może zgłębię temat bardziej i podam konkretne przykłady, dam znać 🙂

Chciałam jeszcze napisać o fascynującym zjawisku „network marketingu”, ale dostaję kurwicy po 2 minutach pisania z jakąś łowczynią tego rodzaju jeleni i nie udało mi się na ten temat zdobyć wystarczająco dużo informacji, żeby o tym napisać.

W następnym wpisie będzie o DZIAŁAJĄCYCH sposobach na hajs z internetu. Nie żaden duży i nie żaden łatwy, bo takich nie ma, od razu mówię.

Ten post ma jeden komentarz

  1. Marta

    A co na to wszystko banki? Chyba, że im się to opłaca…

Dodaj komentarz