Obracając się w tematyce żenująco-szkodliwych treści instakołczów od rozwoju marki osobistej i tworzenia biznesu online, nie sposób nie wspomnieć o ich złotej radzie: wydaniu swojego produktu eletronicznego. Sugerują, że każdy może napisać prostego ebooka a później bić na nim kokosy nic nie robiąc, produkt będzie się sprzedawał sam, i generował nam pasywny dochód.
Czy faktycznie?
Tak i nie. Tak – bo owszem, produkty elektroniczne tworzymy raz, a sprzedawać możemy nieograniczoną ilość razy. Nie musimy pilnować dodruku nowych egzemplarzy książki i wysyłać jej w paczce klientowi.
Ale zacznijmy od podstaw – 5 kroków do przejścia, jeśli chcecie widzieć powiadomienia o tym, że ktoś właśnie kupił Waszego PDF’a za 200 zł w momencie, kiedy pijecie lemoniadę na Malediwach.
- Pomysł. Niestety, ale jesteśmy już daleko w tych internetowych… czasach. Wymyślono już prawie wszystko, a żeby odnieść jakiśtam sukces sprzedażowy, trzeba wymyślić coś, czego jeszcze nie wymyślono J albo coś, co już istnieje, ale zrobić to lepiej. Albo gorzej, ale tak wyprać ludziom głowę swoim marketingiem, że i tak to kupią – ale ja wolę móc sobie spojrzeć w oczy, więc nie używam tej metody.

- Pomysł to piękna rzecz, ale trzeba by go też zrealizować. Napisać, zredagować zilustrować, zanimować (w zależności od tego, co wymyślacie). Do każdej z tych czynności można przysiąść samemu i zapłacić swoim czasem i wysiłkiem, albo kogoś zatrudnić i zapłacić pieniędzmi. Wtedy ów produkt online wymaga już jakiejś inwestycji na start. Nie zawsze jest gwarancja, że to się zwróci.

- Działalność nierejestrowana ma obecnie całkiem spory limit – możecie sprzedawać bez prowadzenia firmy na kwotę do 3181,50 zł, a od lipca 2024 roku – 3225 zł. Jeśli ją przekroczycie (oczywiście tego życzę), należy w ciągu 7 dni od przekroczenia tej kwoty założyć działalność gospodarczą. Nie pomogę w tym bo jej nie mam.Skorzystałam z innej metody – zanim cokolwiek zarobiłam, zanim w ogóle uruchomiłam sprzedaż, nawiązałam współpracę z inkubatorem przedsiębiorczości. Nie będę tłumaczyć co to jest i jak działa, bo można się tego dowiedzieć po 5 minutach w wyszukiwarkach internetowych. Jeśli macie jakieś pytania, na które nie ma tam odpowiedzi, chętnie odpowiem J W skrócie – zysk ze sprzedaży trafia na nasze inkubatorowe subkonto, bo oficjalnie to inkubator prowadzi sprzedaż ebooków (czy czegośtam). My jesteśmy „podwykonawcą”. Na fakturach są widoczne dane inkubatora, a wykonawcą jesteśmy my. W przypadku jednego źródła internetowego dochodu – właśnie tej ukochanej sprzedaży produktów online – jest to świetna opcja. Ułatwia życie, bo spora część obowiązków księgowo-prawnych zostaje zdjęta z waszych ramion.

- Trzeba gdzieś te ebooki sprzedawać. Przy kilku sprzedażach może to być nawet system „wyslij mi DM, dam ci numer do blika, wyślesz potwierdzenie, wyślę ci PDF”, ale jeśli zacznie tych sprzedaży być więcej – idzie się pogubić. No i jest coś, co musimy niemalże nieustannie robić, pilnować, sprawdzać. Ludzie umieją na przykład podrobić potwierdzenie przelewu i wymuszać wysłanie pliku od razu, bo przecież zapłacili. Może się to stać upierdliwe. No i jaki to dochód pasywny, skoro musimy cały czas aktywnie na niego pracować?Pasywnie jest wtedy, kiedy mamy zautomatyzowaną stronkę, która przyjmuje płatność i wysyła klientowi plik. Żeby taką mieć – opcji jest kilka. Albo jakaś indywidualna persona zajmująca się tematem, albo firma zajmująca się tematem. No chyba że umiecie stworzyć taką stronkę sami od zera, to czapki z głów. Ja skorzystałam z oferty HashMagnet (to nie reklama, nawet nie wiedzą że to piszę). Oni stawiają stronę, tworzą działający „system sklepu” – to, że można wrzucać produkty do koszyka, finalizować zakup i tak dalej. Ja tworzę stronę pod kątem graficznym, dodaję produkty, ich opisy, ceny, podpinam pliki, jakie mają się wysyłać. Cudowni panowie z HashMagnet zajmują się podpięciem programu do faktur oraz bramki do płatności. Jedno i drugie jest upierdliwe, wymaga wielu potwierdzeń tożsamości i innych pierdół, ale ci ludzie mają anielską cierpliwość, przysięgam. Po drodze okazało się, że jakieś 15 rzeczy które nawet nie wiedziałam, że może nie działać – nie działa. To nie tak, że w pół godziny będzie śliczna strona i wszystko będzie śmigać. Chwila na to schodzi.Są też platformy do sprzedaży stricte ebooków – stanstore, naffy.io – te dwie kojarzę. Zakładacie konto, podpinacie swojego ebooka, ustawiacie kilka opisów i grafik, ebook może być kupowany a od transakcji pobierana jest prowizja. Kojarzę też jednak, że jak jakiś czas temu sprawdzałam, sporo z tych gotowców miało „zagraniczny” typ płatności – PayPal albo karta i nic więcej. Polska kocha blika, lubi przelewy24 i inne PayU, bluemedia. Mało kto ma PayPala. Prawie nikt nie chce podawać danych karty jakiejś randomowej stronce. Moim zdaniem to mógłby hipotetycznie być powód, dlaczego połowa osób, nawet jeśli początkowo chętna na zakup – ostatecznie z niego zrezygnuję klikając „dalej” w koszyku. Ale polecam zrobić research, mój może nie być wcale aktualny.

- Wohoo, sprzedaż rusza. Ludzie mogą kupować. A kupują? A są w ogóle jacyś ludzie? Niestety, nie ma tak dobrze, że stworzymy coś fajnego i ludzie pojawią się magicznie i zaczną to kupować… nasza stronka, szczególnie na początku, nie będzie w ogóle wypozycjonowana. Będzie pojawiać się na 15, 16 stronie wyszukiwań po wpisaniu „plan treningowy na siłownię”. Nikt jej „tak o” nie znajdzie. Jeśli działacie na social mediach i macie jakąś grupę odbiorców – to już krok do przodu. Szacuje się, że miedzy 0,5 a 1% obserwujących kupi wasz produkt, zakładając „standardowy” marketing – ani za cichy, ani za ofensywny. Życzę wam tcyh wyników – według moich rozmów z twórczyniami, które wypuszczały swoje rzeczy, czasami nawet do tej wartości 0,5 wcale nie udało się dobić i nie znaczy to, że wasz ebook to kicha. Często ludzie są w social mediach po darmowe treści, wcale nie lubią produktów online. Może nie ufają też jakiemuś twórcy na tyle, żeby coś od niego kupować. Może jest to produkt, który im się nie opłaca – planów treningowych i jadłospisów jest w sieci od groma – darmowych. W tych dwóch przypadkach od fit influ ebooki kupowane są najczęściej z sympatii, z chęci wsparcia albo z tego powodu, że z dobrą strategią marketingową pokazujemy, że ten nasz jest lepszy niż darmowy i jest warty wydania pieniędzy.Zależy też jakich pieniędzy. Z jednej strony nie sprzedamy kilkuset merytorycznej wiedzy za 9,99 zł bo żal własnej pracy i czasu, z drugiej – za 500 zł też nie. No, znajdzie się kilka osób które to kupi, ale palce jednej ręki wystarczą, żeby ich policzyć. Wycenienie swojego produktu to kwestia indywidualna. Fajnie jest zrobić mini „badanie” – zapytać na story, ile by wasi ludzie byli w stanie zapłacić za produkt x, który zawiera to, to i tamto. Jeśli oszacują to na 100 zł, to można pokusić się na przykład o 129 zł lub 139 zł – większość machnie ręką na tą odrobinę wyższą cyferkę. Za 439 raczej już nie kupią. Ja należę raczej do osób, które na tyle długi przetyrały na najniższej krajowej z mobbingiem 24/7, że jak robię coś zajebiście dopracowanego i merytorycznego, to się za to cenię XD Więc 123 stron świetnie opisanej, wyjaśnionej, zilustrowanej wiedzy można u mnie kupić za 189 zł, a nie za 19. Ludzie są na tyle dokładnie poinformowani o tym, co za tą kwotę dostają, że nie jest ona dla nich problemem. Ale logiczne, że jeśli puszczę w świat jakiegoś mniejszego ebooka, a nie taką pełną mięcha kobyłę, wystawię to za odpowiednio niższą cenę.Przypominanie ludziom w co drugim kafelku na story o tym, że sprzedajecie ebooka, przyniesie efekt odwrotny do zamierzonego. Oni to już wiedzą, a te story zaczną ich nudzić. Nie kupią tego, dadzą unfollow, bo uznają że nic ciekawego już u was nie ma, tylko reklama na reklamie. Ludzie są bardzo uczuleni na reklamy w SM. Mają ich bardzo dość. Sami przyznają, że jak widzą oznaczenie reklamy, nie patrzą nawet co to, czyje i czy fajne – po prostu przewijają.

Podsumowując – czy warto? Jeśli macie fajny pomysł, motywację, upór – jak najbardziej warto. Ale jeśli jedyne co macie to mózg sprany treściami „każdy może, wystarczy canva i tekst z chatu GPT”, to nie wróżę powodzenia.
Jeśli jesteście w pierwszej grupie i postanawiacie spróbować, trzymam za Was kciuki i ważna rada jaką mam, to nie nastawiać się na sprzedaż w ilości takiej i takiej, na zarobek taki i taki. Nie przeliczać sobie, nie robić kalkulacji. Po prostu zróbcie ten produkt. Przemyślcie jak go reklamować, przyłóżcie się do takich detali, jak opisy i galerie zdjęć w produktach. Zróbcie tak, że samemu chętnie byście to kupili jakbyście nie byli sobą tylko swoim obserwatorem.



Komentarz testowy, który piszę sobie sama żeby sprawdzić czy da się normalnie pisać komentarze