Jak zacząć chodzić na siłownię?

Ten artykuł to transkrypcja filmu:

To mityczne miejsce, do którego codziennie po pracy udają się ludzie pełni imponującej samodyscypliny i my też byśmy chcieli, ale nie mamy pojęcia gdzie, co i jak no i generalnie pierwsze co nam przychodzi na myśl to BOJĘ SIĘ TAM IŚĆ.

Podstawowe pytanie do zadania samemu sobie to “czego się dokładnie boję?”. Najczęstsze strachy to “nie wiem jak się do tego zabrać”, “nie wiem co tam mam dokładnie robić”, “co ludzie tam o mnie pomyślą” i “co jeśli się ośmieszę”. No więc oto poradnik KROK PO KROKU jak rozpocząć swoją przygodę z siłownią.

PUNKT 1 – ZBIERZ POTRZEBNY EKWIPUNEK

Po pierwsze zabieramy ze sobą kłódkę, bo większość siłowni teraz nie wydaje kluczyków do szafek, bo szafki nie są już zamykane na kluczyki. Sensowne – mniej pracy dla pracowników na recepcji i mogą zająć się innymi rzeczami, mniejsze ryzyko że klienci zgubią kluczyki i będzie problem. Co prawda czasem znajdziecie wyjątki, ale mimo wszystko lepiej zabrać swoją kłódkę. Gdy już dotrzemy na siłownię to idziemy do szatni i podchodzimy do pierwszej lepszej szafki, jaka nam się podoba, przebieramy się, chowamy rzeczy do szafki zamykamy je przy pomocy naszej kłódki. Uwaga, bo to ważne! To nie jest tak, że ta szafka zostaje teraz naszą szafką. Po skończonym treningu zabieramy ze sobą swoje rzeczy i zwalniamy ją dla kolejnej osoby. To był częsty problem jak pracowałam na siłowni, że ludzie myśleli, że sobie w ten sposób rezerwują szafkę. No nie. Szafki są ruchome, nie ma się przypisanej jednej na stałe wraz z zakupem karnetu.

Ostatnio coraz więcej siłowni ma też nowoczesne mechanizmy „jednorazowych szyfrów” (nie wiem czy istnieje taka nazwa, właśnie ją wymyśliłam), które zgodnie z instrukcją na szafce kodujemy dowolnym kodem na czas swojej wizyty. Całkiem wygodny mechanizm 😊

Jak już wybraliśmy szafkę, to przebieramy się, zabieramy ze sobą potrzebne rzeczy i idziemy na salę. Nie potrzebujecie fancy napoi izotonicznych w jakichś tam w kolorowych buteleczkach za kilkadziesiąt złotych za sztukę. Serio. Wystarczy woda. Bierzemy też ze sobą na salę jeden ręcznik, który kładziemy na maszyny i ławki, na których siadamy. Dlaczego? Bo nie chcemy siadać swoją spoconą pupą na czymś, na czym ktoś później będzie siedział. I warto pamiętać, że wcześniej ktoś mógł siedzieć z swoją spoconą pupą na danej maszynie i my raczej podejrzewałabym że nie chcemy my na tym siadać. Dlatego żeby mieć barierę ochronną przed tym, co ktoś tam mógł zostawić, albo przed tym, co my tam możemy zostawić, to najpierw kładziemy ręcznik, a potem korzystamy. Taka kultura siłowniana. Jest to też w zapisie w większości regulaminów, więc mogą Wam zwrócić na to uwagę.

Strój do ćwiczeń. Wbrew pozorom to wcale nie jest tak skomplikowany temat, na jaki wygląda. Przede wszystkim wygodne buty na przebranie. Jeśli zabieracie się za trening siłowy, najlepiej, żeby była to płaska podeszwa, bo w momencie, kiedy podnosimy kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kilogramów, to nie chcemy, żeby nasza stopa telepała się w adidaskach cloud soft foam. One są fajne do skakania i do biegania, ale nie do treningu siłowego. Jeśli chcemy trening siłowy, to robimy go albo w samej skarpetce (tak, tak, ludzie ściągają buty na siłowni i podnoszą ciężary bez nich, to dość częsty widok), albo w trampkach typu converse (ale mogą to być też takie z ccc za 29 zł), byleby ta podeszwa była płaska.

Jeśli chcecie się odizolować od świata, no to słuchawki. I ogólnie – jakiś wygodny outfit. Nie musi to być set profesjonalnej firmy sportowej za 300 PLN. Dopiero jak będziecie PEWNI, że faktycznie BĘDZIECIE CHODZIĆ NA SIŁOWNIĘ, to wtedy sobie taki kupicie. Co do dress-code, nie ma żadnych zasad poza jakimiś takimi podstawowymi, ludzko-przyzwoitymi, żeby nie chodzić półnago. Odnośnie strojów na siłownię, to chodzicie tak, jak Wam wygodnie.

PUNKT 2 – PRZED WYRUSZENIEM W DROGĘ NALEŻY ZEBRAĆ DRUŻYNĘ (albo chociaż się trochę samodzielnie przygotować)

No i teraz odpowiedź na stracha pod tytułem „nie wiem, co mam tam robić”.

Żeby wiedzieć, co tam robić, przydałby nam się plan treningowy. Plan treningowy możemy mieć np. od trenera personalnego, więc jeśli tylko macie środki czasowe, finansowe, logistyczne i tak dalej, to bardzo zachęcam, żeby po jego pomoc sięgnąć. Wiadomo, że może być tak, że trafimy na tragicznego trenera, bo w tych czasach praktycznie każdy może być samozwańczym „trenerem”. Żeby jakoś wyłowić w miarę sensowną osobę, to warto sprawdzić, czy ma na przykład jakieś swoje social media, swoją stronę internetową i co tam pokazuje. Czy wrzuca tam już jakieś merytoryczne informacje, po których można stwierdzić, że coś faktycznie wie. Wiadomo, że prowadzenie sociali nie jest żadnym obowiązkiem i nie jest też wyznacznikiem tego, że ktoś jest dobrym trenerem, ale może to być jakaś wskazówka, jeśli ciężko nam znaleźć inne (np polecenie od zaufanej osoby).

Jeśli znajdziemy trenera, o którym dowiemy się całkiem sporo z jego sociali, na przykład o tym, jakie kursy skończył, że regularnie się doszkala, widzimy na nagrywkach, że faktycznie angażuje się w treningi z podopiecznymi i znajdziemy też takiego, o którym nie wiemy totalnie, absolutnie nic, no to być może trochę bezpieczniej będzie wybrać tego, o którym coś wiemy. Wiadomo, że nie zawsze to tak działa i to jest taka bardzo ogólna zasada, ale lepszy taki sposób niż żaden. Jeśli ktoś z naszych znajomych jest w stanie nam polecić fajnego trenera, to super, śmiało, skorzystajmy. Bez tego trzeba mieć świadomość, że może być tak, że za pierwszym razem na ideał nie trafimy i będzie trzeba chwilę poszukać.

Czasami siłownie organizują coś w rodzaju dni otwartych, gdzie można na przykład umówić się na konsultację z trenerami, z czego warto skorzystać. Możecie też podpytać na recepcji, czy jest taka możliwość, albo nawet zapytać się bezpośrednio trenerów na siłowni, czy oferują coś takiego. Jeśli się zdecydujecie na jakąś sesję z trenerem, to fajnie by było, żebyście przy tej osobie czuli się po prostu komfortowo, no bo jednak będziecie spędzać z nim/nią trochę czasu. Na co zwracać uwagę? Fajnie, jakby nie gapił się w telefon w momencie, kiedy robi z Wami trening personalny, żeby czuć było jego zaangażowanie. W momencie, jak mówicie, że coś jest nie tak, coś Wam sprawia trudność, czujecie ból itp. to ważne jest, żeby trener wszystkie wątpliwości rozwiewał, żeby odpowiadał na pytania, jakie macie, pomagał przy wykonywaniu ćwiczeń, żebyście nie czuli się olewani i ignorowani. Trener jest od tego, aby wszystkie te strachy i przeszkody w postaci tego, że nie wiecie jak korzystać z maszyn, jak wykonywać ćwiczenia, dobierać ciężary itd. po prostu rozwiał i przez te pierwsze straszne kroki Was przeprowadził za rączkę. Po kilku, kilkunastu treningach będziecie już prawdopodobnie wiedzieć mniej więcej, co z czym się je, a siłownia nie będzie już aż tak przerażająca.

Jak poradzić sobie samemu bez trenera?

Nie oszukujmy się, nie zawsze jest ta możliwość, no i jest to dosyć pieniądzochłonne. W takiej sytuacji warto by znaleźć jakiś plan treningowy w sieci. Tutaj znowu, wiadomo, że można trafić na shit, no ale bez ryzyka nie ma zabawy. Różne konta na Instagramie często pokazują jakieś przykładowe karuzele z treningami, ćwiczenie po ćwiczeniu, na przykład trening dołu, czy góry, czy całego ciała. Można sobie kilka takich zapisać i spróbować któregoś dnia zrobić dół, któregoś górę, któregoś całe ciało. Zanim do tego dojdzie, to w domku warto w YouTube wpisać nazwę każdego ćwiczenia i 5-10 filmików, które tłumaczą technikę, tak żebyśmy mniej więcej wiedzieli, co robić, jak już będziemy na siłowni.

Można sobie pobrać te filmiki offline, żeby potem móc na nie na siłowni zerknąć. Tutaj tylko wspomnę, że jak coś to na wielu siłowniach nie ma zasięgu, więc muzykę też sobie pobierzcie. Możecie też porobić sobie jakieś tam notatki w telefonie, żeby wiedzieć o co chodzi i nie zapomnieć o jakichś dosyć ważnych aspektach („kolana nie mogą się schodzić do środka przy przysiadzie!!”, „głowa ma być przedłużeniem kręgosłupa w martwym ciągu!!”). Jeśli macie możliwości finansowe, można też sobie ułatwić życie w tym aspekcie i sięgnąć po jakiś gotowy program treningowy, w sensie płatny od kogoś, gdzie macie ćwiczenie po ćwiczeniu, trening po treningu. Z reguły to jest po kilka planów treningowych. Oczywiście polecam swoje. Jak skończycie trenować jednym, to macie już kolejny, czyli zabawa na kilkanaście, kilkadziesiąt tygodni do przodu, kroczek po kroczku. Można też – będzie to może nawet troszkę bardziej rozsądne, pójść poćwiczyć z czymś darmowym, a później jak uznamy, że ok, chcę próbować dalej, to sobie wtedy kupić już jakiś konkret i z nim zacząć. Up to you, ale weryfikujcie trenerów internetowych, u których coś kupujecie, bo tak jak mówię, w tych czasach praktycznie każdy może być trenerem. Jak już kupujecie, szczególnie za jakieś większe pieniądze, to fajnie by było, jakbyście nie byli skazani na szukanie tej techniki wykonania ćwiczeń na YouTube, tylko żeby dany autor też informował Was, jak to ćwiczenie wykonać, W minimalnej wersji w postaci opisu, a w optymalnej wersji w postaci PRZYNAJMNIEJ jakichś zdjęć z różnych etapów wykonania ćwiczenia. W najbardziej optymalnej wersji w postaci filmików, jego filmików (tego trenera, od którego kupujecie), gdzie tłumaczy Wam, jak coś zrobić i od razu to pokazuje. Tak, żeby Wam nie zostało totalnie nic innego niż po prostu ćwiczyć. Tym bardziej polecam swoje plany z filmikami do każdego ćwiczenia.

Przechodzimy do stracha pod tytułem „co ludzie tam o mnie pomyślą”.

Najprawdopodobniej zupełnie nic. Każdy, kto tam jest, był tam kiedyś pierwszy raz. Jeśli będą widzieć, że jesteście zagubieni, to albo totalnie Was zignorują (prawdopodobnie nawet Was nie zauważą), albo podejdą i pomogą. O ile nie zaczniecie, nie wiem, tańczyć, śpiewać, rzucać hantlami w ludzi (proszę nie róbcie tak), to nikt nie zwróci na Was uwagi. No a co, jeśli ktoś się gapi? No cóż, zdarzają się czasami jakieś takie dziwne jednostki, które nie są zbytnio dostosowane do życia w społeczeństwie i się będą perfidnie gapić. Zdarzało mi się. Sposobem, który najbardziej lubię, jest też się gapić, bo raz wygrana bitwa na spojrzenia z reguły gwarantuje spokój już na zawsze z tą konkretną osobą. Drugi sposób, który bardzo mi się spodobał, to podejść i zapytać „o co ci chodzi?”. To też gwarantuje spokój. Być może nawet swego rodzaju respekt i strach. Trzecia, jeśli nie chcecie wchodzić w żadne interakcje i nie czujecie się z tym pewnie, to po prostu pamiętać, po co tu jesteście, czyli że jesteście tu dla siebie. Jeśli jakaś tam przeszkoda się zdarzy po drodze i będzie jakiś lekki inconvenience, to po prostu trudno, no nie? Nigdy nie może być idealnie lekko i przyjemnie. Zawsze może się coś takiego przytrafić.

Co, jeśli się ośmieszę? Pamiętacie, że ostatnio widzieliście, że ktoś zrobił coś żenującego i ośmieszającego swoją osobę? Nie? No właśnie. Inni ludzie myślą o nas o wiele mniej niż my myślimy, że myślą. Warto o tym pamiętać, zanim zaczniemy się stresować, że ktoś widział, jak uderzyliśmy głową w sztangę. Nawet jeśli się z tego w duchu zaśmiał, to po kilku, maks kilkunastu minutach totalnie o tym zapomniał. To nie jest tak, że do teraz opowiada znajomym przy ognisku, że widział kiedyś taką laskę, która nie wiedziała na siłowni, co robi i stuknęła się głową w sztangę. On prawdopodobnie też kiedyś stuknął się głową w sztangę. Wszyscy stuknęliśmy się kiedyś głową w sztangę.

Teraz coś, co może być z lekka problematyczne dla perfekcjonistów, no bo zaczynamy coś nowego i nie jesteśmy w tym od razu bardzo dobrzy, no nie? Tragedia.

Postarajmy się nie rozkminiać za bardzo, tylko po prostu robić i być świadomym, że efekty zarówno w postaci wizualnej, jak i w postaci wiedzy i pewności siebie, przyjdą z czasem. Nawet jak na chwilę obecną wam się wydaje, że jest tragicznie, to po prostu róbcie dalej. Za jakiś czas, jak się spojrzycie w tył, to zobaczycie, że zrobiliście mega progress i już nie jest tragicznie.

Jeśli chcecie więcej pomocy naukowych w tym temacie, to zapraszam was do zerknięcia na trzy ebooki, jakie stworzyłam. Jeden, który od strony teoretycznej opisuje wszystkie siłowniane sekrety, czyli strzałeczkami i obrazkami pokazuje wam, jak zakładać talerz na sztangę, która maszyna jest do czego i co tam robić, żeby możliwie zminimalizować sytuacje w których stukniecie się głową w sztangę, oraz żeby wiedzieć, co robić, jak już się uderzymy (mam nadzieję, że to się Wam akurat nie przyda, ale w razie czego warto to wiedzieć). Jest też dużo kolorowych obrazków (które sama robiłam!). Pozostałe dwa ebooki to programy treningowe, które możecie wziąć ze sobą i będą dla Was właśnie takim poradnikiem kroczek po kroczku jakie ćwiczenia macie wykonywać i w jaki sposób. Nagrałam ponad 100 filmików o tym, jak wykonywać konkretne ćwiczenia, których nie musicie już potem szukać, bo w razie czego przy każdym ćwiczeniu jest link.

Aczkolwiek mam nadzieję, że ta wiedza, którą tutaj wam przekazałam, już w jakiś sposób wam się przyda i coś wam rozjaśni. W razie jakichś pytań piszcie i jeśli będę w stanie na nie odpowiedzieć, to odpowiem.

Do zobaczenia na siłowni, mam nadzieję <3

Dodaj komentarz