Toksyczna pozytywność: będzie dobrze, myśl pozytywnie

Ten artykuł w formie video:

Dzisiaj porozmawiamy o toksycznej pozytywności. Czyli o czymś, co jest częścią tej całej social mediowej presji, o której ja mówię non stop — i jak się okazuje, non stop trzeba o niej mówić, bo jest jej po prostu za dużo. Nawet jeśli tworzę treści, które mają tę presję równoważyć i pokazywać: „hej, to nie jest normalne, nie musisz temu ulegać”, to i tak mam wrażenie, że to tylko mała kropla w oceanie. Walka z tym przekazem jest trochę jak próba gaszenia pożaru szklanką – robię, co mogę, ale skala zjawiska i tak mnie przerasta.

No ale dobra – wracamy do social mediów. I do tego, jak potrafią nam robić kuku w głowie. Znacie te teksty: „możesz wszystko, musisz tylko wystarczająco chcieć”, „masz albo wymówki, albo rezultaty”, „pracuj w ciszy, niech efekty zrobią hałas”, „prove them wrong”, „szczęście to kwestia wyboru”, „pokochaj to, co masz, a będziesz szczęśliwy”.

Mam wrażenie, że teraz już jest tego trochę mniej, ale był taki moment, że to wszystko było dosłownie wszędzie. Takie motywacyjne cytaty miały swoje wielkie pięć minut, kiedy ja byłam jeszcze w gimnazjum. I serio, wtedy to chłonęłam. Naczytałam się tego, naoglądałam tych filmików motywacyjnych na YouTubie – głównie po angielsku. I może dzięki temu nauczyłam się języka, ale… zapłaciłam za to trochę inną cenę. Bo to miało też swój negatywny wpływ na moją głowę.

Podobne szkody mogą robić niektóre książki coachingowe, które opierają się na tej samej narracji: wszystko jest w Twoich rękach, wszystko zależy tylko od Ciebie. Możesz osiągnąć wszystko, czego zapragniesz, wystarczy tylko chcieć. Tylko… no właśnie – nie wszystko i nie zawsze.

Nie jest tak, że to wszystko to kompletna bzdura. Oczywiście, podejście typu: „wszystko jest beznadziejne, jestem do niczego, nic mi nie wychodzi” — nie doprowadzi nas do niczego dobrego. Ale przecież nie trzeba do tego całej biblioteczki coachingowych książek, żeby wiedzieć, że nastawienie ma wpływ na to, jak przeżywamy nasze życie.

Problem zaczyna się gdzie indziej — właśnie w tej pułapce toksycznej pozytywności. Czyli w podejściu: „jest świetnie, mogę wszystko, wszystko jest cudem”. Tymczasem… babcia umarła, mama chora, kota trzeba zawieźć do weterynarza, w pracy właśnie Cię zwolnili — ale Ty masz się uśmiechać i powtarzać: „jest cudownie, trzeba tylko znaleźć pozytywy”. No nie. To nie jest normalne. Nie jesteśmy robotami, które mogą działać na 100% i z uśmiechem niezależnie od sytuacji.

I właśnie to całe wciąganie się w motywacyjny bełkot prowadzi do sytuacji, w której człowiek czuje, że musi być zawsze szczęśliwy. Bo jak nie jesteś szczęśliwy, to znaczy, że coś z Tobą nie tak. To się pięknie spina z naszą cudowną kulturą zapierdolu — że nie dość, że masz ciągle zapierdzielać, to jeszcze masz to robić z entuzjazmem i błyskiem w oku.

A przecież wiemy, jak wygląda życie. W towarzystwie raczej nie opowiesz, że jest Ci źle, że wszystko się sypie, że jesteś smutny i zmęczony. Raczej rzucisz jakiś żarcik, pogadasz lekko, niby wszystko okej. I tak właśnie zaczynamy żyć w dwóch równoległych rzeczywistościach — jednej, w której trzeba być wiecznie zarobionym, i drugiej, w której trzeba być wiecznie szczęśliwym.

I teraz pytanie: kiedy życie się wali z kilku stron jednocześnie — czy naprawdę wmówienie sobie, że wszystko jest super, coś da? Moim zdaniem — może dać chwilowe poczucie ulgi. Ale to takie zamiatanie śmieci pod dywan. One nigdzie nie znikają. Tylko potem po tym dywanie chodzimy, potykamy się i nie wiemy czemu nam tak źle. No to właśnie dlatego.

Czasami trzeba po prostu usiąść i przeżyć – jeśli coś jest trudne, to znaczy, że takie właśnie jest. I jak to mawia klasyczek, to jest okej. Jesteśmy ludźmi, a nasze życie to nie katalog inspiracji, tylko prawdziwa codzienność. Są emocje, które nie są łatwe ani przyjemne. Są też takie, które trudno byłoby wrzucić na stories – bo po prostu się nie mieszczą w ładnej estetyce.

Tak jak nasze ciało w końcu wymusi odpoczynek, jeśli będziemy go ciągle odkładać, tak samo nasze emocje w końcu upomną się o uwagę. Możemy próbować je maskować sztucznym uśmiechem i tą całą toksyczną pozytywnością, ale one się nigdzie nie rozpływają – tylko zostają, tłumią się w środku, aż w końcu wybuchną. Czasem to będzie jeden mały zapalnik po dłuższym czasie zbierania się różnych rzeczy, a czasem po prostu się potkniemy i polecimy na twarz, metaforycznie i dosłownie.

Może i to „wszystko będzie dobrze” daje krótką ulgę. Może chwilowo jest łatwiej. Ale na dłuższą metę – to nie działa. A co gorsza, może prowadzić do utraty zaufania do samego siebie, bo czujemy, że coś udajemy, że coś tłumimy, zamiast dać sobie prawo do przeżywania.

Więc zamiast myślenia, że „smutek jest dla słabych”, że „trzeba być silnym i lecieć dalej” – może po prostu powiedzmy: „jest mi ciężko i spróbuję się z tym zmierzyć”. Albo: „nie mam dziś siły i to też jest w porządku”.

I kiedy widzisz, że ktoś obok też ma trudno – zamiast rzucać nasze ukochane „nie martw się, będzie dobrze”, może wystarczy: „widzę, że jest Ci ciężko, to zupełnie normalne”. To daje dużo więcej.

Ja regularnie Wam o tym przypominam – że gorsze dni są normalne. Że można nie mieć siły na trening. Że można się zakopać w kocyk i przykryć kotem. Że czasem trzeba po prostu siebie poojojać i odpuścić. I mieć dla siebie więcej wyrozumiałości.

Bo są takie dni, kiedy tej wyrozumiałości potrzebujemy bardziej niż czegokolwiek innego.

Nawiążę jeszcze do social mediów, chociaż mam wrażenie, że osoby, które mnie obserwują, już trochę mają to wyryte w głowie – ale warto przypominać, bo ta presja lubi wracać.

W mediach społecznościowych widzimy głównie szczęście. Takie ładne, biało-beżowe szczęście, często z dopiskiem reklama albo płatna współpraca. Pokazywane są głównie te lepsze momenty. I nigdy nie mamy pewności, czy to naprawdę całość czyjegoś życia – nawet jeśli ktoś mówi, że pokazuje „wszystko”. Widzimy tylko to, co ktoś chce nam pokazać. Jeśli nie pokazuje momentów, kiedy leży w łóżku z totalnym załamaniem i krzyczy w poduszkę, że nic nie ma sensu – to możemy zacząć myśleć, że taka osoba nigdy tak nie ma.

A potem nagle, po czasie, wychodzą na jaw jakieś dramaty, trudne sytuacje, kryzysy – i okazuje się, że w czasie kiedy na profilach były tylko kwiatki, tęcze i uśmiechy, w życiu tej osoby działy się rzeczy naprawdę trudne.

Tak samo jak traktowanie social mediów jako punktu odniesienia dla wyglądu czy sylwetki potrafi wyrządzić sporo szkód, tak samo jest z tym „idealnym życiem”. Porównywanie się do tych ułożonych, estetycznych i pełnych sukcesów beżowych światów może być niszczące – bo porównujemy swoje kulisy do czyjejś wystawy.

I to jest zdanie, które warto zapamiętać:
Nie porównuj swojego zaplecza do czyjejś wystawy.
To naprawdę potrafi ustawić myślenie na właściwe tory.

Po pierwsze – warto uświadomić sobie, że przeżywanie trudnych emocji to nic złego. To zupełnie normalny element bycia człowiekiem. Trzeba dać sobie prawo do ich odczuwania – nie zakopywać ich, nie udawać, że ich nie ma. Nie mówię, że się nie da – bo da się, tylko że to prędzej czy później wraca i często z podwójną siłą.

Zamiast wypierać – warto je zauważyć. Zatrzymać się na moment i zapytać siebie: skąd one się wzięły? Co się dzieje, kiedy je czuję? Pozwolić sobie je przeżyć. Nie chodzi o to, żeby się w nich taplać i nakręcać, że już zawsze będzie źle. Chodzi o to, żeby je przetrawić. I puścić dalej.

Pomaga pisanie. Tak jak mówiłam – prowadzenie dziennika, pamiętnika, autorefleksja. Nie musi być ładnie, składnie, stylistycznie poprawnie. Po prostu wyrzucić z siebie to, co siedzi w głowie. Zepchnięte myśli często przybierają na sile. A spisane – czasem nagle okazują się mniej straszne.

Można też porozmawiać. Z kimś bliskim, komu ufamy. A jeśli czujemy, że nie dajemy rady sami – naprawdę nie ma nic złego w pójściu do specjalisty. Choćby na jedną czy dwie wizyty. Psycholog, terapeuta – to nie jest oznaka słabości. To dowód na to, że traktujemy siebie poważnie.

I jeszcze jedna ważna rzecz: nie porównujmy swoich emocji i stanów do tego, co widzimy w social mediach. Do tych szczęśliwych obrazków, które często są tylko kadrem. Pewnie nieraz już mieliście tak, że myśleliście, że ktoś prowadzi kolorowe, bajkowe życie, a potem wychodziło na jaw, że w jego świecie dzieje się coś naprawdę trudnego – i zupełnie byście tego nie podejrzewali.

Czyli dwie rzeczy, które naprawdę warto sobie zapamiętać.

Po pierwsze: trudne emocje są normalne. Mamy prawo czuć się gorzej. Mamy prawo mieć słabszy dzień, tydzień, miesiąc. To nie czyni nas mniej wartościowymi. To po prostu znaczy, że jesteśmy ludźmi.

Po drugie: przestańmy się porównywać do tego biało-beżowego szczęścia, które widzimy na ekranach. To tylko fragment – wycinek rzeczywistości, który ktoś świadomie wybrał, żeby go pokazać. To nigdy nie będzie uczciwe porównanie.

Uczę się tego cały czas: że nie muszę być idealna. Że mogę popełniać błędy, czasem się pogubić, czasem mieć gorszy dzień. I że nawet wtedy nadal jestem wystarczająco dobra.

Zamiast udawać, że wszystko jest super, choć wiemy, że nie jest – może po prostu zaakceptujmy, że czasem nie będzie. I to też jest okej. To też jest życie.

Pozwólmy sobie być człowiekiem. Po prostu.

Dodaj komentarz