„Nie mam motywacji do treningów”

Ten artykuł to transkrypcja filmu:

Dzisiaj będzie o motywacji lub jej braku. Bardzo często pojawiającym się problemem, w sprawie którego poszukujecie pomocy, jest brak motywacji do ćwiczeń.

Taka bardzo, bardzo techniczna, sucha, akustyczna odpowiedź na ten problem, to zawsze jest „a po co ci motywacja”? Wstajemy rano i jak myjemy zęby, to się nie zastanawiamy, czy nam się chce, mamy wywalone na to, czy nam się chce, czy nie chce, po prostu myjemy zęby bo zęby trzeba umyć. Nie zastanawiamy się nad tym w żaden sposób. Nie musimy sobie rano powtarzać pamiętaj o tym, że warto, bo później duże pieniądze u dentysty za kamień, plomby duże będą, to tylko 2 czy 3 minuty i warto, Karolina, dasz radę. Nie, po prostu w ramach porannej wizyty w łazience z myciem twarzy i tam innymi czynnościami ,myję też zęby. I nie muszę sobie codziennie powtarzać, jakie są zalety mycia zębów.

Więc skoro nie zastanawiamy się nad myciem zębów, to tak samo nie overthinkingujmy treningów. No bo wiecie, można sobie powtarzać, że konsekwencje braku ruchu są takie, że później będziesz mieć problemy z absolutnie każdą częścią ciała, ze zdrowiem fizycznym i psychicznym. Będziesz zostawiać krocie u fizjoterapeutów, ortopedów i wszędzie, a każdy ci ostatecznie powie, że po prostu masz się ruszać i trenować. Więc weź się za siebie, idź na ten trening, ogarnij się, no weź dupę w troki, zbieraj się i idź. Czy to ma sens? Można sobie tak powtarzać, ale w tym czasie to już byśmy zdążyli zrobić rozgrzewkę i pierwszą serię. Więc nie komplikujmy sprawy, nie dopisujmy jakichś wielkich filozofii, nie rozważajmy czy mi się chce czy nie chce.

Jeśli czytają mnie z jakiegoś powodu osoby, które robią 10 treningów w tygodniu, siłowe, cardio, interwały, wszystkie możliwe, joga jeszcze, żeby się trochę wyluzować, bo nie wiadomo dlaczego, ale są trochę zestresowani, to wiecie – ja nie mówię do was. Wy się macie uspokoić, a nie wziąć bardziej za siebie. Mówię do osób, które mają problem z tym, że im się nie chce i nie mogą się zebrać. Wiecie, jeśli macie taką ochotę, to do kawusi możecie sobie zrobić takie ćwiczenie, że na karteczce robicie sobie dwie kolumny. W jednej napiszcie sobie negatywne konsekwencje braku ruchu, a w drugiej pozytywne konsekwencje braku ruchu, podpowiem tylko, że ta druga będzie pusta. Zobaczycie, że jest bardzo dużo plusów z regularnego ruchu. I jak sobie będziecie chcieli tą motywację skądś wyczarować, to patrzycie na to, co się złego podzieje, jak nie zrobicie treningu i co się dobrego podzieje, jak go zrobicie. To można nazwać niejako punktem znajdź swoje „dlaczego”. „Dlaczego” może być różne dla każdej osoby, bo ktoś być może będzie chciał mieć siłę i wydolność, żeby móc się bawić z dziećmi bądź wnukami. Ktoś inny będzie chciał móc bez zadyszki dobiec na autobus, bo ma tendencję do wychodzenia z domu bardzo późno i się zawsze spóźnia, a chciałby się nie spóźniać. Ktoś inny może chcieć poprawić sylwetkę, też najnormalniejszy w świecie cel. Ktoś być może ma pracę siedzącą i rypie go w plecach i wie, że musi się ruszać, żeby go nie rypało w plecach. Żadne tabletki, ostrzykiwanie, zabiegi, cokolwiek. W sensie to może mieć swoje miejsce i zastosowanie, ale fundamentem absolutnym jest i tak, walka z przyczyną, a nie objawami.

Pamiętamy o swoim powodzie, pamiętamy po co to robimy. No i jak robimy to po to, żeby nas nie łupały plecy, to czy nasze plecy interesuje to, czy nam się chce, czy nie chce, czy mam dziś dobry, czy zły dzień? No nie. Czy będziemy tłumaczyć naszym wnukom lub dzieciom, że nie pobiegamy z nimi dzisiaj, bo nam przez ostatni miesiąc się nie chciało robić tych treningów, nie mam kondycji, wolałam sobie scrollować instagrama? Mam nadzieję, że nikt tak nie zrobi. Ani naszych pleców to nie obchodzi, ani naszych wnuków/dzieci to nie obchodzi. Albo będziemy patrzeć wkurzone na pomiary w centymetrach i wadze, że trochę zawaliłam ten miesiąc, nie trenowałam, bo mi się nie chciało i będziemy same na siebie złe, że z tą sylwetką też nie popracowałyśmy tak, jak chciałyśmy.

Jestem człowiekiem bardzo lubującym się w technicznym podejściu, w faktach, w logice, może dlatego mówię o właśnie takim sposobie. Mam nadzieję, że będzie to porada, w której część z was przynajmniej odnajdzie jakiś sposób na siebie też i że coś stąd zabierzecie dla siebie. Czyli, no właśnie, kluczem jest nierozwodzenie się za bardzo nad tym emocjonalnym podejściem do trenowania. Emocje można tu wykorzystać w tej postaci, że jesteśmy podkurwione na typa, że nam nie odpisuje za bardzo, chociaż byśmy chciały, żeby nam odpisał – możemy się wyładować na treninguXD Pod tym kątem spoko, ale emocje pod tym kątem, że typ nie odpisuje, to ja nie idę na trening, bo mi się nie chce – to tak nie robimy.

Mamy swoje powody, znamy konsekwencje, co się stanie, jeśli nie będziemy się ruszać. Warto pamiętać, że w treningu jest pewien dyskomfort, no bo wiecie, pocicie się, macie dość, wkurzacie się, że jeszcze tyle do końca serii zostało i już się wam nie chce. Ale jest też spory dyskomfort w braku treningu. Bolące plecy i smutne miny wnuków. I wasz wkurw, że pupa w tych dżinsach jakoś tak słabo wygląda. Więc może to tak cliché zabrzmi, ale trzeba wybrać swój dyskomfort. Wolę trochę pomęczyć na treningu, czy wolę się długo i mocno męczyć z konsekwencjami jego braku?

Żeby była jasność, aby coś nazwać treningiem, to nie musi być kilkugodzinna sesja crossfitu w fancy klubie z renomowanym trenerem na nie wiadomo jak nowoczesnych i innowacyjnych metodach treningowych. To też często jest problemem, że my sobie dopisujemy sami ile to kryteriów nie trzeba spełnić i rzeczy niesamowicie trudnych zrobić, żeby to miało sens. Kiedyś zrobiłam taką rolkę, biorąc za przykład czytanie. Można mieć podejście, że to tylko 10 stron książki dziennie, przy tak małej ilości to nawet nie ma się sensu zabierać do czytania. Z drugiej strony jak czytasz regularnie 10 stron książki dziennie, to ostatecznie w końcu przeczytasz całą książkę. Tak samo jest z treningami, jak będziesz regularnie trenować 3 razy w tygodniu z 20- minutowym filmikiem z YouTube’a, to ostatecznie trenujesz o wiele, wiele, wiele, wiele, wiele więcej miesięcznie, niż osoba, która uważa, że na 20 minut to nie ma sensu rozkładać maty i ona w ogóle nie będzie ćwiczyć. Wiecie, 10 minut treningu to jest więcej niż 0, 20 minut treningu to jest dużo więcej niż 0 minut treningu.

Jeśli sami sobie wmawiamy, że żeby to miało sens, to ja muszę 3 razy w tygodniu chodzić na trening siłowy, 2 razy w tygodniu na ten nieszczęsny crossfit, przynajmniej 1-2 razy w tygodniu na jogę albo pilates, i jeszcze do tego codziennie rano muszę biegać, no to… przecież jak ja mam przed sobą taki harmonogram i widzę ile rzeczy muszę zrobić, to mnie to przytłacza. I już mi się odechciało jeszcze zanim w ogóle widzę linię startu. A jeśli wiem, że chodzi o to, żebym w tym tygodniu 3 razy wyciągnęła matę z szafy i sobie 20 minut poskakała do piosenek na YouTubie, bo bardzo lubię tańczyć, to całkowicie inne podejście się ma na starcie.

Chodzi mi o to, że to nie musi być harmonogram rozpisany jak dla profesjonalnego sportowca. Więc zarówno nie popadajmy w emocjonalne rozmyślanie jak i nie stawiajmy sobie takich dziwnych, chorych wymagań . Nie overthinkingujmy. Trzeba trochę uspokoić i nie komplikować. I mówię to ja, osoba z ogromną tendencją do komplikowania.

Z takich technicznych rzeczy, które mogą pomóc, to powiem Wam jaki był mój złoty trik – wychodząc do pracy, brałam ze sobą torbę spakowaną na trening. To był główny powód, dlaczego ja faktycznie te treningi robiłam. Jak dzień w dzień chodziłam stacjonarnie do pracy, to jak już tam szłam, to brałam ze sobą rzeczy na trening w plecaku lub w torbie i robiłam trening zanim wróciłam do domu. Wszyscy dobrze wiemy jak jest, jak wrócimy z pracy i się na chwilkę sobie usiądziemy, to sobie mówimy, że tylko odpocznę i zaraz się tam zabieram. No i wtedy, żeby zebrać się, przebrać, spakować, iść na tą siłownię – bywa ciężko. Ja bardzo preferuję metodę „na jednym spoceniu” XD Jak już wychodzę z domu, to załatwiam, ile się da za jednym zamachem. Dzięki temu jak do niego wrócę, to już mam święty spokój. Więc jeśli można za jednym zamachem iść do pracy, i wracając, zaliczyć siłownię, bądź jakąkolwiek tam inną formę aktywności, no to czemu nie ułatwimy sobie sprawy? Idziemy z rzeczami do pracy i z rzeczami na trening, robimy pracę, robimy trening, na jednym spoceniu, i za jednym wyjściu z domu.

Robię tak samo, jeśli mam taki nierutynowy dzień pracy. Wiecie, nie że siedzę 8-16, a potem trening, tylko tu jakiś wyjazd, tu jakieś spotkanie, tu coś trzeba załatwić. Wtedy też jak już jadę gdzieś i w pobliżu mam siłownię, to po prostu biorę rzeczy i ustalam sama ze sobą, że po drodze zrobię ten trening. Nie podam tutaj przykładów na rozwiązanie kwestii logistycznych absolutnie każdego stylu życia i rodzaju pracy, no bo wiadomo, że czasem mamy więcej rzeczy ze sobą, czasem trzeba jeszcze prysznic mieć po drodze, ale generalnie w wielu przypadkach naprawdę się da. Nie mówię, że we wszystkich, wiadomo. Ale w większości przypadków się da. I warto. Jeśli się nie da i musimy faktycznie wrócić z miejsca, w które się udaliśmy, żeby zarabiać na chleb, do miejsca, w którym ten chleb jemy, a dopiero potem się udać na siłownię, to miejmy chociaż przygotowany plecak bądź torbę na wejściu. Wiecie, że wracamy, nie sadzamy tyłka na kanapie, tylko łapiemy za torbę i idziemy od razu. Dosłownie to samo tyczy się home office. To był mój duży problem na home office. Jak już człowiek tak siedzi te 8 godzin w domu przy komputerze, to potem paradoksalnie jest mu się ciężko zebrać z tego domu. Więc nie ma, że boli i wcześniej, wcześniejszego dnia bądź poranka tego dnia pakowałam plecak i miałam go przygotowanego razem ze strojem treningowym, w który miałam tylko wskoczyć i iść. I jak zamykałam laptopa, to 5 minut później byłam już wskoczona w strój treningowy i z torbą i szłam i nie zastanawiałam się czy mi się chce. Najczęściej mi się nie chciało, ale jak już poszłam, to cieszyłam się, że poszłam. Bo tak właśnie często jest, cieszymy się, że poszliśmy.

Grupa osób mających tendencję do dawania z siebie aż za dużo i ciśnięcia mimo wszystko o lepsze jutro już nieraz słyszała ode mnie porady, sposoby, żeby się tak trochę uspokoić. Tak teraz właśnie odnośnie tego takiego, wiecie, lenia, którego czasami mamy wewnętrznego, to o nim troszkę ostatnio więcej mówię i mam wrażenie, że to też jest potrzebne. My mamy takie tendencje do wpadania w skrajności. Albo cisnę mimo wszystko i robię te 5 biegów, 5 siłowych, 6 crossfitów i wszystko i potem mam dość i załamanie nerwowe przez 3 miesiące. Po jakimś czasie funkcjonowania w taki sposób… to w końcu zawsze pęka. Albo w ogóle mi się nie chce i nie zabieram się.

Właśnie o ten złoty środek chodzi, że no owszem, jak mam naprawdę ciężki dzień, potrzebuję odpoczynku, potrzebuję świętego spokoju, no to sobie odpuszczę ten jeden trening. Ale co do zasady robię treningi, nawet jak mi się troszkę nie chce. Bo jest różnica między troszkę nie chcę, a naprawdę potrzebuję odpocząć. Co do tego troszkę mi się nie chce – fajnym sposobem jest też to, że jeśli mam dzisiaj w planie dosyć ciężki trening siłowy, który zajmie mi sporo czasu, ale mi się strasznie nie chce, nie mam nastroju – no to dobra, pójdę tam i spróbuję zrobić chociażby połowę tych ćwiczeń. Albo pójdę tam i zrobię sobie te ćwiczenia, ale na o połowę mniejszym ciężarze. Tak naprawdę można by to nazwać deloadem, że stosujemy mniejsze obciążenia, mniejszą objętość treningową. Ale na potrzeby tłumaczenia o co mi chodzi to nieistotne jak to się nazywa, chodzi mi o to, że pójdę tam i zrobię cokolwiek. Pójdę tam i no dobra, miałam mieć siłowy dół, ale się chociaż chwilę porozciągam, potuptam sobie na bieżni, albo pokręcę na rowerku, byleby się poruszać. I teraz dwa scenariusze. Albo tam idę i robię sobie tam te na pół gwizdka kilka ćwiczeń z mniejszym ciężarem i uznaję, że w sumie to jak już tu jestem, mam tak naprawdę siłę i ochotę, zrobię sobie ten trening i robię ten trening normalnie, zgodnie z planem. A drugi wariant – no cośtam próbowałam, ale nie, naprawdę to nie jest mój dzień. No to w takim razie mobilka, rozciąganie, chwila bieżni, dobra. I co? I mamy scenariusz albo normalnie, zgodnie z planem zrobiony trening, albo trening zrobiony niby niezgodnie z planem, ale zrobiony. Poruszałam się. Raz, że wyszłam z domu, dwa, że poruszałam się. I nie chodzi o to, że jak ja nie odbębnię treningu dokładnie takiego zgodnego z planem, to on się nie liczy. Tu nie chodzi o zgodność z planem, nie jesteście, zakładam, jakiejś światowej klasy atletami i sportowcami, którzy muszą wszystko dopinać na ostatni guzik. Tu chodzi o to, żeby się po prostu ruszać. Więc jak raz nie poruszam się dokładnie tak, jak miałam rozpisane, to dalej wszystko git i super, że w ogóle się poruszałam xd

Więc jeśli prokrastynowaliście dzisiaj trening, to wiecie, co robić po przeczytaniu tego wpisu.

Dodaj komentarz