PLAN MINIMUM, czyli sposoby na trudne dni

Ten artykuł ale w formie video:

Porozmawiajmy dziś o takim sprytnym patencie, jak plan minimum. Czyli – co robić, kiedy życie trochę przytłacza, a my nie jesteśmy w swojej najlepszej formie.

Żyjemy w kulturze, która gloryfikuje toksyczną produktywność. Zawsze trzeba być „w biegu”, robić więcej, lepiej, mocniej. Nieważne, co się dzieje – trzeba działać, walczyć o lepsze jutro. A przecież każdemu z nas zdarzają się dni, kiedy opada energia, brakuje siły, motywacji, chęci. Czasem to tylko chwilowy spadek formy, a czasem coś dłuższego – i wtedy, warto pamiętać: jeśli to trwa zbyt długo, dobrze jest poszukać pomocy. Ale dzisiaj skupmy się na tych słabszych dniach, które po prostu czasem przychodzą.

Czy to stres, zmęczenie, gorszy nastrój – bywa, że nie jesteśmy w stanie „dowozić” codziennych spraw na 100%. I co wtedy zrobić, żeby nie dokładać sobie jeszcze wyrzutów sumienia, że zrobiliśmy za mało albo nie dość dobrze?

Tu właśnie przychodzi z pomocą plan minimum – czyli lista absolutnie podstawowych rzeczy, które trzeba zrobić, żeby przejść przez dany dzień z poczuciem, że zadbaliśmy o siebie w najprostszy sposób.

I już pewnie się domyślacie, że taki plan u każdego będzie wyglądał trochę inaczej – bo każdy z nas ma inne potrzeby i obowiązki. Kiedy mówimy o planowaniu, od razu wielu osobom przed oczami staje piękna rozpiska w estetycznym planerze, zakreślona kolorowymi markerami, z listą ambitnych zadań do wykonania. Taki wzorcowy dzień pełen produktywności.

Ale pewnie dobrze znacie to uczucie, kiedy taka lista powstaje… a potem przychodzi dzień, w którym nie ma siły nawet zacząć. I wtedy zostaje z nami tylko frustracja – że coś zaplanowaliśmy, a nie zrealizowaliśmy. Że „nie daliśmy rady”.

Ostatnio kilka razy widziałam w socialach taką rolkę, którą też chętnie bym nagrała, ale ponieważ krąży już w tylu wersjach, nie chcę powielać tego samego. Więc po prostu o niej opowiem xd

W skrócie: jeśli danego dnia „jesteś” tylko na 60% i dajesz z siebie te 60%, to znaczy, że dałeś z siebie 100%. Proste, prawda?

To coś zupełnie innego obudzić się z pełną baterią – wtedy możesz rozłożyć swoje siły równomiernie w ciągu dnia i zrobić naprawdę dużo. Ale bywają dni, kiedy budzimy się już na 60%, albo i mniej – 30%, 25% – i nie ma realnej szansy, żeby tę baterię „naładować” w ciągu dnia.

Jeśli zaplanujesz wtedy listę zadań, na które realnie potrzeba 100% energii to… cóż. To się nie może udać. Już na starcie jest skazane na frustrację i rozczarowanie.

No i wracając do tych naszych idealnych, pięknie rozpisanych that-girl-aesthetic list z pinteresta – zgaduję, że często są tam same wzniosłe rzeczy. Posprzątać szafę, wystawić ubrania na Vinted, załatwić coś w urzędzie, odebrać paszport, pojechać do budowlanego po wkręty, napisać e-booka, założyć firmę… A nie piszecie tam o tym, że trzeba po prostu umyć zęby, zjeść śniadanie i pojechać do pracy.

I właśnie do tego zmierzam: planowanie podniosłych rzeczy w dni, kiedy czujesz się naprawdę mało „podniośle”, prowadzi donikąd. Bo ani tego nie zrobisz, ani nie poczujesz się lepiej z tym, że tego nie zrobiłeś.

Więc może po prostu… nie planujmy wtedy tych wielkich rzeczy. Dajmy sobie trochę więcej luzu.

Priorytety. Trzeba je zidentyfikować na dany dzień. Są rzeczy, bez których ani rusz – no bo wiadomo, jeśli muszę iść do pracy, to muszę. Nie mam opcji, żeby tego nie zrobić, jestem dorosłym człowiekiem z obowiązkami. Więc pojawia się to na mojej liście rzeczy do zrobienia w ramach planu minimum.

Wstać. Ubrać się. Zrobić coś do jedzenia. Iść do pracy.

Samo przetrwanie ośmiu godzin w pracy przy niskim poziomie energii to już spore wyzwanie. Więc może zamiast po pracy planować sobie pisanie e-booka, zakładanie firmy, odbiór paszportu i wypad po wkręty do budowlanego – zatrzymajmy się i zastanówmy: co naprawdę jest istotne?

Trzeba coś zjeść – może przygotować obiad albo chociaż ciepły posiłek na wieczór. Pytanie: czy są w domu zakupy? Jeśli nie, a nie macie siły iść do sklepu – może zamówienie dostawy to dobre rozwiązanie?

Idealnie byłoby ugotować coś samodzielnie – to plan optimum. Ale plan minimum? Zamówić coś do jedzenia, żeby nie być głodnym. I to też jest okej.

Jeśli mamy zwierzaki, wiadomo – trzeba wyprowadzić psa, posprzątać kuwetę, nakarmić pupila. To obowiązki, które nie mogą czekać. One też lądują na liście.

Plan minimum to rzeczy absolutnie niezbędne – takie, które trzeba zrobić, żeby dzień się domknął. Nie chodzi tu o działania „dla lepszego jutra”, tylko o to, żeby dziś się nie rozsypać.

O lepsze jutro będziemy walczyć, kiedy wróci energia. Teraz chodzi o to, żeby tej resztki, którą mamy, nie zużyć do zera. A najlepiej – spróbować się trochę podładować.

Pisanie sobie na liście zadań punktów w stylu: wstać rano, dojechać do pracy, przeżyć dzień w pracy, zrobić obiad, wyprowadzić psa, przeczytać kilka stron książki, iść spać – może wydawać się banalne. Ale prawda jest taka, że każdy odhaczony punkt z takiej listy daje satysfakcję. Nawet jeśli tym punktem jest po prostu „pójść do pracy”.

A teraz porównajmy to z listą w stylu: założyć firmę, napisać e-booka, pojechać po paszport, kupić wkręty. No właśnie. Zero odhaczonych punktów, za to pełen pakiet frustracji. Zamiast motywacji – przytłoczenie.

Więc zróbmy sobie przysługę i – szczególnie w taki dzień, kiedy ledwo ciągniemy – wpisujmy na listę rzeczy, które faktycznie jesteśmy w stanie zrobić. Nie po to, żeby się pogłębić w wyrzutach sumienia, ale po to, żeby realnie przejść przez ten dzień z poczuciem, że coś zrobiliśmy.

A jeśli mamy na głowie jakieś formalności, sprawy urzędowe, tematy administracyjne – zastanówmy się, które z nich naprawdę nie mogą czekać, a które po prostu mamy „na radarze”. Wybierzmy tylko to, co jest absolutnie konieczne. I nic ponad to. Nie dzisiaj.

Skoro już ustaliliśmy, że nie ciśniemy dziś nic ponad to co konieczne, to pomyślmy teraz o czymś jeszcze: co sprawia nam przyjemność?

Może są takie rzeczy, które zwykle odkładamy „na później”, bo przecież trzeba być produktywnym, ogarniać, działać. A może dziś to jest dobry moment, żeby po prostu poleżeć i pogłaskać kota. Albo sięgnąć po jakąś lekką książkę, włączyć serial, który nie wymaga myślenia. Może właśnie to, na co na co dzień szkoda nam czasu, dziś będzie najlepszą formą ładowania baterii.

I nie, to nie jest marnowanie czasu. To jest inwestowanie w siebie, w swoje samopoczucie, w to, żeby jutro poczuć się odrobinę lepiej.

Więc może… zapiszmy na tej liście również: leżenie z kotem, oglądanie serialu bez wyrzutów sumienia, drzemka.
Pozwólmy sobie na coś przyjemnego. Albo nawet na chwilę nicnierobienia.

Poleżeć. Popatrzeć w sufit. Odetchnąć.

Zawsze, gdy mówiłam o takich tematach, miałam tendencję do tłumaczenia i zachęcania ludzi, żeby robili tak, jak mówię, bo przecież to jest zdrowe, dobre i ogólnie sensowne. Tyle że… sama w tym czasie działałam jak terminator. Napierdzielałam bez opamiętania, aż w końcu moja bateria nie tylko się rozładowała, ale w zasadzie zrobiła się ujemna – tak jakby trzeba ją było całkiem wymienić. I wtedy naprawdę musiałam się nauczyć robić plan minimum.

Jak wyglądał mój plan minimum?

  • Wstać

  • Umyć się

  • Umyć zęby

  • Nakarmić koty

  • Zrobić śniadanie dla siebie

  • Do śniadania: kawa, wiadomo

  • Usiąść do pracy i po prostu ją odbębnić

  • Po pracy wyjść na spacer i… pooglądać drzewa

Brzmi śmiesznie? Może trochę. Ale w trudniejszym momencie ten spacer serio robił dobrze na głowę. Zmuszałam się, żeby wyjść, bo wiedziałam, że wyjdzie mi to na dobre – choćby tylko po to, żeby popatrzeć sobie na zieleń i dać mózgowi chwilę wytchnienia.

Po powrocie: ewentualnie wynieść śmieci, ogarnąć kuchnię na tyle, żeby nie czuć zapachu stęchłych naczyń – i spać.
Zero wielkich osiągnięć. Po prostu plan minimum.

A plan optimum?
To był trening, siłownia, może przeczytanie kilku stron książki, porysowanie sobie czegoś. Ale bywały dni, że nawet na to nie miałam siły – więc zostawałam przy bazie.

Taka prosta codzienność – ogarnianie siebie, zadbanie o zwierzaki, za które odpowiadam – wystarczyła, żeby po jakimś czasie ta bateria zaczęła się powoli ładować.
Bo gdybym za każdym razem, gdy tylko poczułam się odrobinę lepiej, od razu wracała z mottem „zakładam firmę i piszę e-booka”, to tak naprawdę w kółko bym siebie wyczerpywała. Ledwo bym coś podładowała, już bym ją zdążyła znowu rozładować do zera.

Z czasem, kiedy ten mój plan minimum stał się codziennością, zaczęłam zauważać, że coraz częściej udaje mi się realizować plan optimum. A potem… stworzyłam sobie nowe wersje obu tych planów. Bo to, co kiedyś było dla mnie ambitnym optimum, z czasem stało się moim nowym minimum. Rozumiecie? I właśnie o to mi chodzi – żeby naprawdę zrozumieć, że jesteśmy ludźmi, a nie robotami.

Ja sama długo się tego uczyłam. I podejrzewam, że wiele z was wciąż się tego uczy. Czasem też o tym zapominam, więc muszę przypominać to sobie na nowo. Nie traktujmy takiego dnia z planem minimum jako osobistej porażki. To po prostu sposób na przejście przez dzień adekwatnie do tego, jak się czujemy i co jesteśmy w stanie zrobić.

A teraz to ja bym się chętnie czegoś od was dowiedziała.
Macie jakieś swoje sposoby na gorsze dni? Własne plany minimum?
Podzielcie się.
Z przyjemnością pokażę je dalej – bo to, że czasem mówię coś mądrego, nie znaczy, że jestem najmądrzejsza. Wasze doświadczenia też są ważne.

Często dostaję od was wiadomości, że moje treści pomogły oderwać się od telefonu, pójść na spacer, popatrzeć na drzewa. I jeśli takie przypominajki faktycznie wam służą – to ja bardzo chętnie tworzę dalej takie self-care’owe rzeczy. Bo okazuje się, że każdy z nas potrzebuje czasem usłyszeć, że nie musi być robotem xd

Dodaj komentarz