„Nowy rok, nowa ja” – jak SERIO tworzyć zdrowe nawyki?

Tekst to lekko redagowana transkrypcja tego filmu, proszę o wybaczenie błędów stylistycznych – inaczej to brzmi w mowie, inaczej w piśmie 🙂

“Nowy rok, nowa ja”, “od poniedziałku”, “od nowego miesiąca”… wszyscy znamy te powiedzonka. Więc dzisiaj powiemy o tym, jak sensownie wprowadzać nowe zdrowe nawyki

Zdecydowanie byłam tą osobą, która co roku ustalała sobie, że teraz, od stycznia, weźmie się za siebie… nie, żebym była jakoś zaniedbana. To nie było tak, że nie dbałam o swoje zdrowie i faktycznie powinnam wiele zmienić. Zawsze byłam raczej „w porządku” pod tym kątem. Może nie byłam najaktywniejszym fizycznie dzieckiem, ale z czasem to się zmieniło. Jadłam zawsze względnie zdrowo, ruszałam się, a jednak z okazji każdego nowego roku przechodziłam ten taki moment, że to jest ten czas i będzie taki glow up, że po prostu szczęki wszystkim opadną. Z mojego doświadczenia wynika, że im więcej fancy celów sobie wyznaczyłam, tym bardziej to wszystko nie wychodziło.

Na szczęście zmądrzałam troszeczkę wraz z wieloma wydarzeniami w życiu, ogarnięciem głowy, samoświadomością, terapią. Teraz jest tak, że jeśli coś sobie postanowię, coś uznam, że chcę robić, bądź czegoś nie robić, to od razu się za to zabieram, nie potrzebuję żadnej wielkiej okazji w postaci czy to 1 stycznia, czy to poniedziałku. Po prostu – jak coś wymyślę, to to robię. I to jest w sumie tak naprawdę…

Pierwsza rada:

Odejdźmy od tych takich wielkich „okazji”. Od tych wielkich dni, wielkich momentów, od poniedziałku, byle do wakacji, wtedy się wezmę za siebie, bo będę mieć czas, byle do kiedyś tam, od nowego roku to już na pewno. Bo to, mam wrażenie, dodaje takiego niepotrzebnego trudu i skomplikowania do tego wszystkiego.

To nie jest tak, że musi nastąpić jakiś magiczny dzień, żebyśmy my byli w stanie coś zmienić. My jesteśmy w stanie zmieniać rzeczy non stop. Wiadomo – nie chodzi o to, że jeśli w środku tygodnia o godzinie 21 wpadnę na pomysł, że ja chcę robić crossfit, to następnego dnia o 6 rano już jestem na zajęciach, chociaż nie mam pojęcia o co chodzi, ale powiedziałam, że idę na crossfit, to idę na crossfit i koniec. Ale nie chodzi też o to, że jak wymyślę sobie w październiku, że chciałabym brać udział w zajęciach z crossfitu, to czekam na styczeń żeby zacząć. No bo czemu by nie zrobić researchu co jest w okolicy i nie pójść sobie raz czy dwa na próbę, na jakieś pierwsze testowe zajęcia? Sprawdzić jeden klub, może pójść do innego klubu zobaczyć, gdzie nam zajęcia odpowiadają, gdzie nie, czy w ogóle odpowiadają. Mam wrażenie, że to dodaje takiego poczucia sprawczości. To, że jeśli coś sobie po prostu postanowimy, to to po prostu robimy. Nie na łeb, na szyję i po trupach, ale po prostu robimy. Nie czekamy na podniosłe daty.

Jeśli spisałabym sobie na przestrzeni – na przykład – ostatniego kwartału roku wszystkie postanowienia, jakie przyjdą mi do głowy i będę je chciała wszystkie realizować od stycznia, to sorry, ale zmienienie takiej ilości rzeczy i wprowadzenie takiej ilości nowych zwyczajów, nowych wyjść, nowych aktywności, będzie bardzo trudne. Nie mówię, że się nie da, bo zawsze się da, ale jakim kosztem? Więcej sensu ma działanie na zasadzie: w październiku wymyśliłam ten crossfit, no to w sumie zacznę na niego chodzić? Na początku było trochę średnio, ale w listopadzie, w grudniu to już całkiem regularnie w sumie chodziłam. Od stycznia albo od lutego wymyślę sobie, że chciałabym dorzucić jedną sesję jogi w tygodniu. No to dorzucę. Już jestem na tyle “rozcrossfitowana”, że nie mam ogromnych zakwasów po każdych zajęciach. Wplatam sobie te zajęcia w swój grafik w ciągu tygodnia tak, że już to weszło w nawyk. Traktuję to jako taki mój normalny element rutyny tygodnia, więc dorzucam teraz jogę. Może na początku nie zawsze wyjdzie, nie zawsze będzie mi się chciało wieczorem wyciągnąć tą matę i sobie zrobić jakąś sesję z YouTube’a, ale staram się robić to regularnie. Musimy wtedy myśleć już tylko o tym wprowadzaniu jogi. Z crossfitem mamy tak, że wszedł nam w automat. Jeździmy na niego po prostu odruchowo po pracy. To nie tak, że zastanawiam się, czy mi się chce, czy nie chce. Mam spakowaną torbę, jestem zapisana na zajęcia, jadę, jestem regularnie aktywna fizycznie.

Na początku z tą jogą też nie będzie tak łatwo. Trudno jest się zebrać, no bo poleżałabym sobie przecież na kanapie jak już w domu jestem. Kilka razy nie wyszło, ale w końcu zaczęło wychodzić. No i znowu – joga staje się takim automatem, nie myślę w piątek wieczorem, czy mi się chce, czy nie chce, tylko po prostu robię te 20 minut. Wiem, że to 20 minut i potem będzie z głowy. Bo z rzeczami, które chcemy wprowadzić, nie zawsze jest tak, że są super przyjemne i że nie możemy się ich aż doczekać, tylko czasami to są nawyki, których nam się nie będzie chciało robić.

Druga rada – rozsądek, logika, logistyka

Ze zdrowym trybem życia tak bywa tak, że czasami nie jest takie kolorowo i nie wygląda to tak, że siadamy i mówimy “och, jaką ja mam ogromną ochotę zjeść tą sałatkę z samych warzyw”. Dobra, skrajny przykład, bo w zdrowym stylu życia nie chodzi o to, żeby jeść sałatkę z samych warzyw, ale coś w stylu “och, jaką ja mam niesamowitą ochotę iść dzisiaj przerzucać to żelastwo, spocić się i mieć dość”. No nie zawsze mamy ochotę. W te dni, kiedy nie mamy ochoty, ważne jest, żeby rozróżnić, czy to jest tak, że naprawdę nasz organizm woła o odpoczynek – bo tak też się zdarza i wtedy trzeba mu go dać – czy jest tak, że mamy po prostu taki rozleniwiony, rozmemłany dzień. I wtedy poleżenie w łóżku nie pomoże nam raczej w tym, żeby się odmemłać. Przeciwnie, będziemy przez to jeszcze bardziej rozmemłani. Wtedy czasami trzeba po prostu spiąć tą dupę. To nie jest tak, że w tej całej takiej wyrozumiałości wobec siebie i szacunku do siebie chodzi o to, żeby się zawsze głaskać po główce. Wiem, że jeśli się nie poruszam, to moje ciało będzie to odczuwać, bo ono chce i potrzebuje ruchu. Nie chce mi się robić tego treningu, no ale wiem, że nie robiłam żadnej aktywności przez 2 czy 3 dni. Mam dzisiaj czas, możliwość, mam na dzisiaj zaplanowany trening. Po prostu muszę go zrobić i tyle, bo inaczej będzie mnie łupać w plecach.

Jak organizm woła o odpoczynek, to dajemy mu odpoczynek. A jak jest taki dzień, że szaroburo i pada, to ja wiem, że mi się nie chce, a nie że potrzebuje odpocząć. Jak mi się nie chce i leń wygra raz w miesiącu, to nic się nie stanie. Ale jak leń wygrywa co tydzień, za każdym razem, kiedy wypada nam trening, no to już niefajnie, bo będziemy odczuwać przykre konsekwencje braku ruchu.

Odnośnie zjawiska z zaczynaniem diety od poniedziałku albo od kiedyśtam: istnieje pojęcie tak zwanego syndromu ostatniej wieczerzy, czyli jeśli wiemy, że od poniedziałku dieta, to weekend widzimy jako ostatnią okazje, żeby się nawpierd&lać więc korzystamy z tej okazji. Poza tym, jak wyczyszczę szafkę z wszystkich ciastek, to potem nie będą mnie kusiły i będę już trzymać dietę, tak? No nie. To na w wielu płaszczyznach jest bardzo niebezpieczne. Nie o to nam chodzi. To nie jest tak, że od poniedziałku my absolutnie nie możemy zjeść żadnego ciastka. Możemy, tylko jeśli chcemy zacząć starać się odżywiać bardziej zdrowo, no to chcemy zjeść tych ciastek może trochę mniej niż więcej, może trochę rzadziej niż częściej, może wkomponować je w zbilansowany posiłek. One cały czas jak najbardziej mogą być elementem naszej diety, tylko wkomponowane w sensowny sposób.

Jeśli na ów podniosły dzień taki jak na ten szanowny, cudowny, kultowy 1 stycznia Nowego Roku, skumulujemy sobie dużo tych nawyków, będziemy mieć z tyłu głowy, że chcemy zdrowo się odżywiać, zrezygnować z cukru, jeść więcej warzyw i owoców, pić 3 litry płynów w ciągu dnia, chodzić na crossfit i chodzić na jogę, gdzie wcześniej nasz tryb życia był całkowicie inny, to to nie wyjdzie. Załóżmy taki scenariusz (wprowadzenia tych wszystkich nawyków na raz): jeśli wrócę z pracy w poniedziałek po ciężkim dniu i będę mieć przed sobą perspektywę, że w tym tygodniu mam do zrobienia dwa treningi crossfitowe, dwie jogi, nie mogę sobie nawet teraz usiąść na chwilę i zjeść ciastka do kawy, bo mi przecież nie wolno jeść ciastka i trzeba jeszcze jakiś zdrowy obiad na wieczór wymyślić i ugotować, to prawdopodobnie skończy się tak, że stwierdzę, że mam dzisiaj dość i zamówię sobie pizzę, walić to i jak będę mieć lepszy dzień, to się tym zajmę. Tylko pytanie, kiedy będziesz mieć lepszy dzień?

Bardzo często będzie tak, że wrócimy z tej pracy zamuleni, rozmemłani i ostatnie na co będziemy mieć ochotę to gotowanie zdrowego obiadu, wskoczenie w secik sportowy i popędzenie na jakieś zajęcia sportowe. Dlatego tworzenie tych podniosłych list, vision boardów, planów rozpisanych kolorowymi zakreślaczami w pięknych planerach odnośnie ilości wspaniałych, imponujących rzeczy, jakie będziemy robić od początku roku… to ładnie wygląda, ale moim skromnym zdaniem to później potrafi bardziej demotywować niż motywować, bo widzimy jak bardzo nam nie wychodzi względem tego, co sobie zaplanowaliśmy. No bo właśnie – z reguły planujemy tak, że to naprawdę nie ma szans wyjść i oczekujemy od siebie przeskoczenia z dawania z siebie jakichś tam 5-10% do dawania od razu 100% albo w ogóle wyjeżdżania jeszcze ponad skalę.

Jak dasz z siebie wszystko, to nic ci nie zostanie.

A jakbyśmy tak potraktowali się jak ludzi, a nie maszyny? Bo wiecie, JESTEŚMY ludźmi. Może byśmy się tak potraktowali jak ludzie z myślą, że czasami po ludzku będziemy mieć ten gorszy dzień i czasami po ludzku nam nie wyjdzie? W związku z tym – jaki jest sens brania na barki tak strasznie dużej ilości różnego rodzaju ładunków i obciążeń, skoro wiemy, że będzie się to strasznie ciężko nosiło? A jakby tak wziąć na siebie kawałeczek z tego? Na początek jeden lub dwa kawałeczki z tego i jak nam się ramiona trochę przyzwyczają i coś, co wcześniej było ciężarem i trudnością, teraz już będzie dla nich do uniesienia bez żadnego problemu to dopiero dokładać więcej?

Jak weźmiemy na barki gigantyczny ładunek, to albo nas dowali jakaś kontuzja, albo się przewrócimy pod tym ciężarem. Nie ma szans, żebyśmy z tym daleko zaszli. Jak weźmiemy troszkę, przyzwyczaimy się do tego „troszkę”, to z czasem owo „troszkę” stanie się bezproblemowe. Wtedy weźmiemy jakieś nowe „troszkę”. Będziemy się przyzwyczajać do tego nowego „troszkę”. Być może się okaże, że wzięliśmy jednak troszkę za dużo. No to spróbujemy troszkę mniej. Ale generalnie cały czas coś niesiemy. I stąd było moje wspomnienie o tym, że jeśli na pomysł chodzenia na crossfit wpadłam w październiku, to dlaczego by nie zapisać by się na niego już w październiku, jeśli mam – powiedzmy – wolne w środę, a w środę są właśnie te zajęcia? Nie ma sensu czekać na magiczny styczeń. Wtedy – do stycznia – crossfit będzie czymś, czego nie czuję na ramionach, bo one sobie będą z tym bez problemu radzić.

Tak jak mówię, czasami nie będzie się chciało. Czasami będę mieć gorszy dzień. Czasem się przeziębię i nie będę mieć możliwości czy siły trenować. Ale co do zasady – zrobione jest lepsze od idealnego, więc jeśli pójdę na trzy z czterech zajęć w ciągu miesiąca, to i tak trzy to jest więcej niż zero. Wtedy od stycznia czy lutego ta joga stanie się moim nowym challengem i nową rzeczą, do której ramiona będą się musiały przyzwyczaić. Nie muszę już poświęcać żadnej pamięci operacyjnej mózgu i logistyki organizacji na crossfit, bo mam go wybitego w harmonogram. Muszę tylko teraz jako nową rzecz, nowy element wprowadzić jogę. Widzicie tu kontrast między tym podejściem, a między podejściem, że od stycznia będę chodzić na crossfit, rano przed pracą będę biegać, raz w tygodniu robić jogę z tego youtuba, dwa razy trening siłowy, no bo trening siłowy to podstawa, a jeszcze teraz wszyscy ćwiczą pilates, to ja też sobie poćwiczę pilates?

No i właśnie, wracamy w ten poniedziałek spizgani po pracy i mamy perspektywę takiego tygodnia przed sobą. Na żadną z tych rzeczy nie chce nam się iść, żadnej z tych rzeczy nie chce nam się robić. Inaczej jest mieć w poniedziałek przed sobą perspektywę, że w ciągu tego tygodnia z takich nowych, nieznajomych, dziwnych rzeczy mam do zrobienia tylko crossfit, a inaczej jest usiąść i wiedzieć, że mam crossfit, jogę, bieganie, pilates, wszystko. Wtedy jesteśmy tak przytłoczeni tą ilością dziwnych, nowych rzeczy (bo my mało kiedy lubimy nowe rzeczy. My lubimy to, co znamy), że prawdopodobnie uznamy, że walić to.

Porada trzecia – nie da się być w czymś dobrym od samego początku

Kolejna rzecz: nie oczekujmy od siebie od razu bycia w czymś najlepszym. Ja wiem, że nikt nie lubi zaczynać i nikt nie lubi nie być w czymś dobrym, ale trzeba zacząć, żeby stać się dobrym, tak? Osoby z dużą tendencją do perfekcjonizmu mają tutaj jeszcze trudniej. Well, nikt nie mówił, że będzie lekko XD Czasami bardzo ciężko jest nie stracić chęci, motywacji, jeśli na tych pierwszych zajęciach np. jogi, nie umiemy zrobić prawie żadnej pozycji. Przewracamy się, tracimy równowagę, nie rozumiemy totalnie, jak to jest, że ta jakaś starsza pani co tam ćwiczy w kącie, to ona wymiata i wszystko robi, a my nie umiemy. Tak to bywa na takich zajęciach. Ale dopiero zaczynamy tam chodzić, więc jak mamy wszystko umieć? No normalna sprawa, że jak dopiero zaczynam coś robić, to… zaczynam. Samo to słowo na wszystko wskazuje. Jeśli się nie poddam w tym wszystkim i wytrwam w tym nawyku, to za 10 lat będę robić takie niesamowite rzeczy jak ta starsza pani w kącie. Więc zamiast dawania sobie samemu feedbacku po takich zajęciach, że masakra, radziłam sobie gorzej niż jakaś starsza pani, to warto dać sobie feedback, że super, poszłam już na trzecie z rzędu zajęcia i fajnie, trzymam się postanowienia. Niech naszym celem będzie na razie po prostu tam iść, a nie zrobić konkretną pozycję w jakimś konkretnym stopniu zaawansowania. Na razie wywalone w to, jak nam idzie, po prostu się tam pojawiajmy. Róbmy, działajmy, ale na razie za główny cel postawmy sobie regularność.

Masa osób, jakie znam, ma tendencję do demotywowania się, gdy im nie wychodzi. Zresztą ja też tak miałam. Często ich definicja tego, że coś „wychodzi” jest naprawdę bardzo zaawansowana i niemalże niemożliwa do osiągnięcia. Jak się ma takie tendencje, to się nigdy nie uznaje, że jest dobrze. Zawsze jest niewystarczająco dobrze. No i właśnie, jak nam nie wychodzi na drugich, czy trzecich zajęciach, to masakra, nie nadaje się do tego, walić to. I tak to się kończy, że co styczeń mamy postanowienie, żeby zacząć chodzić na jogę, bo za każdym razem po trzech zajęciach rezygnujemy, bo nam nie wychodzi. A co by było, jakbyśmy wymagali od siebie tylko tego, żeby się tam pojawiać? I to nawet już niekoniecznie cztery, tylko powiedzmy dwa czy trzy razy w ciągu miesiąca. I tak przez cały rok byśmy się pojawiali. No to już by nam wtedy wychodziło. Nawet według naszych standardów.

Porada czwarta: reality check

Zastanówmy się w tym wszystkim, czy te nasze cele, poza tym, że są, że super brzmią i ładnie wyglądają na vision boardzie na 2025, czy one są realne? Tak logistycznie, logicznie, ekonomicznie, życiowo. Bo wiadomo, że w teorii dałoby się wstać o czwartej rano i iść biegać, żeby zdążyć jeszcze na piątą wrócić do domu, wziąć prysznic, ogarnąć się, uczesać, ubrać, pomalować i jechać do pracy – dałoby się. Nikt nie stoi nam nad łóżkiem i nas nie zmusza do pozostania w nim, jak chcemy wstać o czwartej. Ale to, że by się tak dało, nie znaczy, że się powinno tak robić. A już na pewno nie powinno się momencie, kiedy nie jesteśmy w stanie położyć się na tyle wcześniej spać, żeby i tak mieć zaliczone 8 godzin snu. Jeśli mamy – na przykład – poświęcać sen na rzecz porannego biegania, to nie mamy z tego biegania za dużo korzyści. Co z tego, że będę chodzić biegać, jeśli będę permanentnie niedospana? A konsekwencje braku snu, szczególnie przewlekłego, są dużo większe niż korzyści z porannego truchtu. Więc to, że coś można, nie zawsze znaczy, że to ma sens. Dlatego sugeruję, żeby te swoje cele przeanalizować – sucho, obiektywnie, logicznie. Nie myśleć tylko w tej kategorii „fajnie by było być that girl, która ma tak niesamowitą motywację, że wstaję rano, idzie biegać, pije tego zielonego szejka”. Nie każdy ma możliwość bez uszczerbku na innych aspektach życia pójść rano przed pracą biegać. Jeśli tak sobie poukładamy klocki w organizacji harmonogramu dnia, tygodnia, życia i wszystkiego, to super, fajnie, macie mój ogromny szacunek, bo owszem, wiele zależy od chęci i motywacji – ale nie wszystko i niektórych rzeczy po prostu nie przeskoczymy.

Kiedyś na Instagramie mówiłam, że tak, nasza doba ma tyle samo godzin, ale to nie są takie same godziny. Całkowicie inne możliwości poukładania swoich klocków będzie miała samotna mama trójki dzieci, pracująca na 1.5 etatu i która do tego opiekuje się chorą babcią, a inne dziewczyna, która ma pracę zdalną, mieszka blisko parku i nie ma żadnych zobowiązań w postaci naglącej ją raty kredytu, dzieci, opieki nad członkami rodziny i ona ma za zadanie tylko pracować, żyć i dbać o siebie. To są dwa różne światy i wiadomo, że jest jeszcze mnóstwo odcieni szarości między jednym a drugim. Więc rada, żeby mierzyć siły na zamiary, też moim zdaniem ma tutaj dużo sensu, bo w tej podniosłej chęci zmiany swojego życia i wprowadzeniu wielu podniosłych nawyków, często zapominamy o tych właśnie siłach, jakie mamy, jakie możemy z siebie wykrzesać. Jak mówię takie rzeczy, czasami zarzuca mi się jakieś tam zniechęcanie ludzi do działania, że przecież faktycznie czasem trzeba trochę spiąć dupę i trzeba po prostu działać i faktycznie trzeba chcieć. To prawda, ale treści tego typu trafiają w znakomitej większości do osób, które mają raczej problem z tym, żeby odpuścić, do osób, które powinny sobie jako naczelny cel wpisać to, żeby mieć czas na odpoczynek, a nie na kolejną sesję treningową. Osoby, którym faktycznie lenistwo zajmuje większą część ich życia i powinny serio w niektórych kwestiach trochę wziąć się za siebie i po prostu chcieć, raczej nie są adresatami moich treści, a nawet jeśli są, to szczerze wątpię, że je to faktycznie zdemotywuje do jakiegokolwiek działania. Dlatego mówię tak jak mówię, bo jestem świadoma, że większość osób, która mnie śledzi w internecie, jest taka, jak byłam ja, czyli no właśnie – wierzymy w to, że możemy wszystko, że to my zawalamy i że to, że my nie biegamy przed pracą, to po prostu kwestia tego, że my się musimy po prostu wziąć w garść, bo jakbyśmy chciały, to byśmy mogły.

Porada piąta – posiedzenie logistyczne

Jest jedno pojęcie, które ukradłam od Oliwii podczas naszego Q&A. Ona to nazwała posiedzeniem logistycznym dotyczącym nawyku, jaki chcemy wprowadzić. W naszej rozmowie to było w kwestii odżywiania, ale takie posiedzenie logistyczne jest moim zdaniem bardzo sensowne przy jakimkolwiek nawyku. Można łatwo powiedzieć “będę chodzić na crossfit”. No ale dobra, musimy wiedzieć, gdzie takie zajęcia się odbywają, kiedy jest grupa początkująca, bo nie wskoczymy od razu do poziomu zaawansowanego. Jaki mamy dojazd w to miejsce? Jeśli mamy samochód, to spoko, ale czy np. w tym dniu partner nie potrzebuje go brać do pracy, bo jeździmy na zmianę? Jeśli mamy dojazd z komunikacją miejską, to czy mamy jak dojechać i czy mamy jak wrócić? Albo czy mamy możliwość finansową, żeby za każdym razem tam podjechać, nie wiem, taksówką? Czy te zajęcia odbywają się w takich godzinach, że będzie nam to odpowiadało? Czy mamy kartę sportową z pracy? Czy dane miejsce respektuje tego multisporta czy tam medicovera? Jeśli nie, to czy miesięczne członkostwo w tym klubie jest w moich możliwościach finansowych? Chodzi o to, aby logistycznie ogarnąć sobie rzeczy – wiedzieć, czy jesteśmy w stanie tam dotrzeć i czy przypadkiem zajęcia na styk się nie zazębią z tym, że musimy odebrać córkę z korepetencji z angielskiego, więc jak autobus się spóźni, to będzie duży problem? Te problemy będą się pojawiać, dlatego musimy mieć te nasze nawyki obudowane logistycznie tak, żeby mało co było w stanie nas zaskoczyć. Albo może inaczej – że nawet jak coś nas zaskoczy, to będziemy sobie w stanie z tym poradzić. Dzięki tej obudowie logistycznej wiem, że mam w zapasie jeszcze dwa kolejne autobusy, że nawet jak autobus A się spóźni, to autobusem B lub C też jeszcze bez problemu zdążę.

Można by się zastanawiać nad sensem posiedzenia logistycznego do robienia jogi przed laptopem w domu – bo co tu jest do planownaia? Cośtam jest. Możemy znaleźć sobie kanał, czy aplikację, z jakiej będziemy korzystać – są różne instruktorki, nie każdemu będzie pasował każdy vibe. Zebrać się w domu do treningu potrafi być ciężko, a zebrać się i jeszcze mieć wtedy jakieś przeszkody w postaci niepasującego nam filmiku or something – można się łatwo zdemotywować. Więc przygotujmy się wcześniej. Wiem, że niektóre osoby sobie wolą robić taki szybki strzał – znajdę jakiś trening, a dobra, zrobię sobie spoko, ale zanim się dowiemy, czy jesteśmy taką osobą, to poczyńmy wszelkie możliwe przygotowania, żebyśmy my w ogóle zaczęli, a nie zrezygnowali, bo będzie dużo niewygód po drodze.

Taki tip do treningów domowych – to co mi faktycznie pomaga, to przebieranie się na trening, nawet jeśli na niego „nie wychodzę”. Nawet jeśli cały dzień pracuję z domu, to przebranie się w jakiś set sportowy od razu jakieś takie inne poczucie, coś się zmieniło, robimy teraz coś innego, a nie leżymy na kanapie montując filmik na tablecie. Jak chodząc do biura, miałam plan, że wrócę i zbieram się na siłownię, no to wracałam, siadałam na “chwilę” i nigdzie się nie zbierałam. A jeśli wracałam z biura i miałam przygotowany dzień wcześniej plecak z potrzebnymi mi rzeczami na siłownię, tak, że nic tylko wziąć i wyjść – to wtedy częściej chodziłam na tą siłownię. Więc zarówno przy treningu domowym – jeśli już rano wiem, że o 15 chce zrobić przerwę w pracy i zrobić trening – to poza ustawieniem sobie alarmu na 14.55 mam przygotowaną też w drugim pokoju rozłożoną matę i przygotowane leggingsy i top, w które tylko wskakuję i robię trening. Ułatwmy sobie życie. Spakowanie torby wieczorem dnia poprzedniego zajmie nam 5-10 minut, a następnego dnia bardzo sobie za to podziękujemy. Przygotowanie rano tej maty i tych ubrań zajmie moment, a później będziemy mieć takie “no dobra, jak już to wyciągnęłam, to już po prostu zrobię ten trening”. Więc kolejna rada – skorzystajmy z własnego wygodnictwa.

Porada ostatnia – musimy wiedzieć DLACZEGO

Jako ostatni punkt – to w sumie się zamknie taką ładną klamrą – wcześniej były aspekty bardziej techniczno-logistyczne, a teraz będzie odrobinę o tym motywacyjno-psychologicznym. My musimy widzieć w czymś sens, żebyśmy chcieli to robić. Załóżmy, że chcę chodzić na pilates, bo wszyscy chodzą. No dobra, ale mi się wcale nie za bardzo spodobało na pierwszych czy drugich zajęciach, po co ja tam mam chodzić? A jeśli sobie uświadomię, że mam pracę siedzącą, nie jestem fanką jakiegoś bardzo intensywnego wysiłku, jakichś interwałów, tabat, ale potrzebuję jakiejś formy ruchu…  to wychodzi na to, że ten pilates jest fajny, że można sobie fajnie wzmocnić mięśnie głębokie, zadbać o mobilność całego ciała. Wydaje się to być całkiem w porządku treningiem dla mnie. Wiem, że powinnam się ruszać. Czyli – wiem, że robię to dlatego, że moje ciało, mój organizm potrzebuje tego ruchu i tej aktywności. Czyli – znam swoje powody. Wiem dlaczego to robię, wiem dlaczego to ma sens i wiem dlaczego nawet jeśli po drugich zajęciach mi się średnio podoba i niefajnie i w ogóle trzeba tam dojechać, chociaż jest zimno i ciemno, to warto jechać na kolejne zajęcia.

Jeśli po prostu chcę jeść zdrowiej, no bo trzeba przecież jeść zdrowo, to też nie będę za bardzo w stanie sobie przetłumaczyć do rozsądku po ciężkim dniu pracy. Czemu miałabym teraz iść i robić tą sałatkę i gotować ten ryż i jeść tego kurczaka? Czemu nie mogę po prostu zamówić sobie pizzy? Pizza jest smaczna, nie będę musiała nic robić, przyjedzie mi pod drzwi.

Ale jeśli ja przypomnę sobie, że w czasie posiedzenia logistycznego wyszło na to, że te moje wyniki badań ostatnio nie za bardzo, że cykle mi się rozregulowały i rozjechały, włosy jakieś ostatnie nie takie… no, dużo objawów wskazuje na to, że moje ciało mówi hej, tak, trochę coś tu jest nie tak. I ja dobrze wiem, że mój tryb odżywiania na to wpływa. Czyli wiem, że ta pizza byłaby szybka i łatwa, ale pizza będzie czymś, co przyczyni się do pogłębienia tego problemu, jaki mam, a nie do rozwiązania go. Więc wiem, że nie chce mi się wstawać i robić tego kurczaka z ryżemi i warzywami. Ale wiem też, że jeśli postawię na pizzę, a nie na zrobienie tego zdrowszego posiłku, no to będzie tak naprawdę gorzej z tygodnia na tydzień.

Warto mieć świadomość długofalowych konsekwencji swoich działań bądź braku działań, bo dzisiaj „tylko” mam „lekko” złe wyniki i „trochę” wypadają mi włosy, a za kilka miesięcy może być tak, że okres całkowicie mi się rozwali, włosy będą leciały garściami, ja będę się czuć źle i mieć mroczki przed oczami, pojawią się jakieś schorzenia, czasem nieodwracalne. No, może trochę dramatyzuję teraz w kwestii tego, że pizza to spowoduje, ale chodzi o to, że wszystko ma konsekwencje. Niezdrowy tryb życia też ma konsekwencje. Czasami jest się trochę ciężko zebrać, żeby wstać i zrobić ten zdrowy posiłek, ale długofalowo patrząc – warto, bo wtedy nie ryzykujemy tego, że za jakiś czas nasze życie będzie miało o wiele trudniejsze, bardziej problematyczne aspekty i będziemy marzyć o tym, żeby wrócić do momentu, w którym naszym największym problemem było to, że mi się nie chciało wstać i zrobić zdrowego posiłku.

Dodaj komentarz