JAK ZACZĄĆ LUBIĆ SWOJE CIAŁO? 5 „prostych” kroków 

Ten wpis w formie video:

Zapraszam na pogadankę o tym, jak zacząć lubić swoje ciało i przejść pięć prostych kroków do samoakceptacji.

Ten artykuł w formie video:

Jeśli ktoś jeszcze nie wie – co trochę mnie dziwi – to właśnie tym głównie zajmuję się w social mediach: pokazywaniem normalnego ciała i normalizowaniem normalności. Paradoksalnie, bo przecież to w ogóle nie powinno wymagać normalizacji. A jednak w dzisiejszych czasach potrzeba tego jest ogromna. Poruszam tematy samoakceptacji i odpuszczania sobie.

Dlatego bez zbędnych wstępów przechodzimy do

rzeczy pierwszej: zmiany sposobu, w jaki o sobie myślimy i mówimy.

Pamiętacie, jak byłyście małe (bo pewnie głównie do dziewczyn kieruję te słowa), i mama patrząc w lustro mówiła, że ma grube, brzydkie nogi albo dużo cellulitu? Mam nadzieję, że nie macie takich wspomnień. Ja na przykład mam. I jako małą dziewczynkę bardzo mnie to ukształtowało – „aha, czyli te nogi są grube i brzydkie”, mimo że były zupełnie normalne, a wręcz ładne.

To, co moja mama mówiła o sobie, wpływało nie tylko na jej własny obraz ciała, ale też na mój – jako dziecka, które siedziało obok i słyszało każde słowo.

Nie chodzi mi tu o udzielanie rodzicielskich rad – jestem ostatnią osobą, która miałaby to robić. Ale chodzi o to, że to, jak mówimy i myślimy o sobie, wpływa zarówno na nas, jak i na innych ludzi wokół. Nie tylko na dzieci.

Bo jaki sens ma stawanie przed lustrem i mówienie: „mam brzydkie, grube, pomarszczone nogi”? Co z tego może wyniknąć? One są po prostu nogami. Służą do chodzenia, do biegania (czasem dla przyjemności, czasem za uciekającym autobusem), do wspinania się na górskie szlaki i oglądania pięknych widoków z wysokości. Dzięki tym nogom możemy to wszystko robić – nawet jeśli są pomarszczone.

Wiem, że negatywne myśli czasem przychodzą. Ale właśnie – one przychodzą. My ich nie zapraszamy, a one i tak się pojawiają. Szczególnie, jeśli jesteśmy w trudnym miejscu w relacji z własnym ciałem.

W takich momentach polecam zadawać sobie proste pytanie: „No i co?”.

„W tej sukience widać, że mi wystaje brzuch.”
No i co?
No bo wystaje.
No bo w środku są narządy wewnętrzne, jedzenie, które trzeba gdzieś zmieścić. To się mieści w brzuchu.

„Ale ludzie zobaczą.”
No i co?
Ludziom też wystaje. Praktycznie wszystkim. Szczególnie po jedzeniu. A nawet jeśli wystaje nie tylko po jedzeniu – to co z tego? Po prostu wystaje.

I co niby się stanie, jeśli ktoś to zauważy? Czy w pracy ktoś nagle zacznie myśleć, że jesteście niekompetentne, bo brzuch nie jest idealnie płaski?
Czy same kiedykolwiek pomyślałyście tak o kimkolwiek? Że na pewno źle wykonuje swoją pracę, bo wystaje jej brzuch?

No właśnie. Dlatego to pytanie – „no i co?” – stało się dla mnie bardzo pomocną formą obrony. A przynajmniej sposobem na konfrontację z tymi myślami. Takim momentem, kiedy odwracam się przodem do swojego stracha i pytam: „I co z tego?”

Nie chodzi mi o to, żeby przejść w drugą skrajność i wmawiać sobie – i innym – że kochamy nasz wystający brzuch, bo jest on częścią „wspaniałego, pięknego ciała, które celebrujemy i manifestujemy miłość do niego”. Nie, nie o to chodzi. Możemy tak mówić, ale to będzie sztuczne. I prawdopodobnie nie będziemy w stanie naprawdę w to uwierzyć.

Zasada fake it till you make it nie zawsze działa. Dlatego na początek polecam zupełnie inną drogę – drogę pod tytułem „mam wywalone”.

Nie sztuczna samomiłość, tylko zdrowy dystans. I to jest naprawdę okej. To może być bardzo dobry punkt wyjścia. A nawet punkt, w którym można zostać na długo – albo na zawsze. Nie trzeba zmuszać się do ciągłego myślenia o swoim ciele – ani w negatywny, ani w pozytywny sposób.

Po prostu nie trzeba się na nim aż tak skupiać. Ciało jest. Funkcjonuje. Służy nam w wielu rzeczach. I to już jest super – że daje radę, wykonuje milion zadań, często bez naszej świadomości, bez naszej prośby. Utrzymuje nas przy życiu i pozwala funkcjonować na wysokim poziomie.

Więc jeszcze raz:
Krok pierwszy – skonfrontowanie się z negatywnymi myślami i odesłanie ich tam, gdzie ich miejsce.
Zastąpienie ich myślami neutralnymi.
I zadanie sobie pytania: „No i co z tego?”

Rzecz druga – porównywanie się do innych.

W epicentrum moich zaburzeń odżywiania, siedząc na ławce na szkolnym korytarzu, oglądałam dziewczyny, które przechodziły obok – i porównywałam się do każdej jednej z nich. W mojej zaburzonej głowie zawsze wypadałam gorzej.

Uważałam, że każda z nich ma szczuplejsze, ładniejsze, bardziej zgrabne nogi. Lepszą pupę. Zarysowaną talię. Płaski brzuch. Szczupłe ręce. Wszystko miała „lepsze” ode mnie.

Czy to porównywanie się kiedykolwiek doprowadziło mnie do czegoś dobrego? Nie. Pozwalało mi jedynie głębiej tkwić w tym bardzo nieprzyjemnym, przytłaczającym dołku, w którym wszystko – w moim odczuciu – mówiło mi, że powinnam być szczuplejsza. Mieć „ładniejsze”, „bardziej proporcjonalne” ciało.

Każde kolejne porównanie jeszcze bardziej mnie tam wpychało. Bo ta dziewczyna też była „lepsza”, i ta, i ta, i ta.

Wiem, że nie robiłam tego świadomie – to były zaburzenia – ale mimo wszystko było to porównywanie się. I to porównywanie było szkodliwe. Bardzo.

Oczywiście nie da się całkowicie tego wyłączyć. Porównywanie się do innych jest, do pewnego stopnia, naturalne. Każdy to robi. Nie jesteśmy w stanie tego całkiem wyzerować i przestać.

Ale jest różnica między zatapianiem się w tym, karmieniem tych myśli i gnieceniem się nimi od środka – a zauważeniem ich i puszczeniem dalej. Jest różnica między wyniszczającym porównywaniem się, a po prostu chwilową obserwacją.

Więc jeśli wpadamy w ten dołek i zaczynamy tonąć w negatywnym porównywaniu się, warto przypomnieć sobie, że każda osoba, do której się porównujemy, ma zupełnie inną budowę ciała, inne predyspozycje, tryb życia, możliwości, zasoby i czas.

A najczęściej porównujemy się do tych „idealnych” sylwetek, które widzimy w social mediach. Tylko że już sam fakt, że widujemy je znacznie częściej w internecie niż w rzeczywistości, powinien dać nam do myślenia.

Kiedyś ktoś podrzucił mi bardzo trafny cytat: „Nie porównuj swojego zaplecza do czyjejś wystawy”.

Bo często porównujemy siebie – po całym dniu pracy, z rozwianą fryzurą, rozmazanym makijażem, w przypadkowych, niewyprasowanych ciuchach – do idealnej, wypielęgnowanej wersji influencerki ze zdjęcia podpisanego „leniwy sobotni poranek”.

Ale czy my naprawdę wiemy, że to zdjęcie było zrobione w sobotni poranek? Czemu z góry zakładamy, że ona tak właśnie wstała z łóżka?

Może zdążyła już odwiedzić fryzjera, kosmetyczkę, zrobić pełen makijaż. Może ta promienna skóra to nie kwestia „dobrego snu”, tylko jednego czy dwóch filtrów z aplikacji. A może ten niedbały „naturalny nieład” na włosach zajął jej pół godziny w łazience.

W mediach społecznościowych nigdy nie mamy pewności, z czym się właściwie porównujemy. Bo może ta sama influencerka, gdyby tak jak my przepracowała 12 godzin fizycznie, też wyglądałaby rano dokładnie tak samo. Albo i gorzej.

Tyle że o tym zazwyczaj nie myślimy.

Dlatego powtarzam – i mogę powtarzać to jeszcze wiele razy – ludzie pokazują w social mediach dokładnie to, co chcą pokazać. A my często łapiemy to jako całą prawdę, choć to tylko fragment. Wycinek rzeczywistości, na dodatek podrasowany szeregiem filtrów i kosmetycznych poprawek.

Więc jak poradzić sobie z tym nieszczęsnym porównywaniem się?

Jeśli chodzi o porównywanie się na żywo – kiedy patrzymy na innych i wydaje nam się, że wszyscy wyglądają lepiej od nas – warto przypominać sobie, że każdy ma inną budowę anatomiczną. Inne rozmieszczenie przyczepów mięśniowych, inne ułożenie kości, inną szerokość bioder czy talii, obecność lub brak tzw. hip dipsów.

Z dużym prawdopodobieństwem, nawet gdybyśmy jadły dokładnie tak samo jak osoba, do której się porównujemy, trenowały tak samo i miały identyczny plan dnia – i tak wyglądałybyśmy inaczej.

Bo nasza budowa to nie jest coś, co da się „przeskoczyć” stylem życia.

Możemy sobie mówić: „O matko, chciałabym mieć taką talię jak ona”. Tylko że ona ma bardzo wąsko rozstawione żebra, a ty masz szeroko. I nie zmienisz tego – chyba że operacją, ale to już zupełnie inna rozmowa.

Dlatego warto pamiętać o naszych indywidualnych różnicach – fizjologicznych i życiowych.

Być może ta dziewczyna, do której się porównujesz, ma taką pracę, że może codziennie trenować z trenerem personalnym, jeść catering dietetyczny i spać tyle, ile chce. A Ty pracujesz na dwa etaty, opiekujesz się chorą babcią, masz trójkę dzieci, które trzeba ogarnąć rano i po szkole.

Ledwo udaje Ci się wcisnąć pół godziny ćwiczeń wieczorem na macie i przespać sześć godzin, bo doba zwyczajnie jest za krótka.

To są dwa całkowicie różne życia. I porównywanie się nie ma tu sensu.

A jeśli chodzi o social media – to przypomnę raz jeszcze ten cytat, który naprawdę warto zapamiętać, wytatuować na czole, powiesić na ścianie, a najlepiej – namalować na suficie, żeby był pierwszą rzeczą, jaką widzicie rano:

Nie porównuj swojego zaplecza do czyjejś wystawy.

Jeszcze jako taka gwiazdka na koniec – czy porównywanie się może być dobre? Oczywiście, że tak. W pewnych sytuacjach jak najbardziej może.

Być może zobaczymy u kogoś fajnie umięśnione uda i pomyślimy: „Kurczę, to naprawdę super wygląda. Może też zacznę bardziej ćwiczyć mięśnie czworogłowe, żeby mieć podobnie zarysowane.” Jasne, nie będziemy wyglądać dokładnie tak samo – nasza budowa anatomiczna jest inna – ale sam impuls, ta inspiracja, to może być coś pozytywnego.

To trochę tak, jakbyśmy zobaczyły u kogoś fajną bluzę z firmy X. Patrzymy na swoją z firmy Y i myślimy: „Podoba mi się ta z X, może też sobie taką kupię.” Może nie będzie na nas leżeć identycznie, ale sam pomysł, żeby ją mieć, wynika z inspiracji, a nie z autodestrukcyjnego porównania.

W czym problem? No właśnie – w niczym, dopóki zachowujemy zdrowy dystans. Jak zawsze: dawka czyni truciznę.

Gdyby ludzie nie mieli problemu z utrzymywaniem złotego środka, to nie byłoby potrzeby, żeby o tym mówić. Piszę to trochę pół żartem, pół serio, bo doskonale wiem, jak trudno go osiągnąć. I jak długą drogę sama musiałam przejść, żeby nie przeskakiwać z jednej skrajności w drugą.

Krok trzeci to zadbanie o swoje otoczenie.

O tym, żeby nie obserwować toksycznych influencerek, już mówiłam wielokrotnie. Ale teraz nie chodzi mi o social media – tylko o otoczenie w codziennym, prawdziwym życiu.

Wiem, że to nie zawsze jest łatwe. Często nie mamy wpływu na to, z kim przebywamy. Nie zmienimy z dnia na dzień szefowej, która siedzi z nami w jednym biurze przez osiem godzin. Nie wszystko jesteśmy w stanie kontrolować.

Ale tam, gdzie możemy – warto spróbować coś zmienić.

Bo kiedy zaczynamy stawiać granice, mówić o sobie z większym szacunkiem, dbać o siebie i swoją przestrzeń, to często niektórym osobom zaczyna się to nie podobać. Zwłaszcza tym, którzy wcześniej czerpali satysfakcję z tego, że mogli nas trochę przygniatać, podkopywać, sprowadzać na ziemię.

I wtedy zaczyna zgrzytać.

Ale najczęściej kończy się to tak, że te osoby po prostu same się odsuwają. Mówiąc wprost: śmieci wynoszą się same.

To jest fajne. I bardzo skutecznie weryfikuje wiele relacji.

Oczywiście – fajnie, jak takie osoby same się wyniosą, ale czasami trzeba im w tym delikatnie pomóc. I to jest naprawdę dobre ćwiczenie z asertywności.

Kiedy podczas jakichś plotek przy kawie koleżanka zaczyna komentować, że „tamtej to się ostatnio przytyło” albo że „trochę się zrobiła okrągła”, warto powiedzieć: „Ej, ale w sumie – po co tak o niej mówić? To jej sprawa, nie wiemy, co się u niej dzieje.”

W zależności od tego, jak się czujecie w tej asertywności – możecie powiedzieć to łagodnie albo bardziej dosadnie. To zależy od sytuacji, ale dobrze jest potraktować to jako wyzwanie. Po prostu zareagować. Uciąć temat. Pokazać, że nie chcecie w tym uczestniczyć.

Bo to nie chodzi tylko o to, że ktoś powie wam bezpośrednio „ojejku, ale ci się ostatnio przytyło” – to już inny poziom braku taktu. Chodzi też o ogólny vibe. Czy pół rozmowy spędzacie na krytykowaniu wyglądu innych? Czy ta osoba próbuje podprogowo wbijać wam szpileczki?

To bardzo często świadczy o jej własnych kompleksach – ale to temat na inną rozmowę.

Pytanie brzmi: po co otaczać się taką energią?

Po co być tą osobą – albo w otoczeniu tej osoby – która przypomina to dziecko słuchające mamy mówiącej: „Moje nogi są grube, ale na szczęście nie aż tak grube jak u cioci Eli”?

Nie chcemy tego. Nie chcemy tej negatywności.

Tak jak robimy unfollow na Instagramie, kiedy jakiś profil sprawia, że czujemy się źle ze sobą – tak samo robimy „unfollow” w realnym życiu wobec ludzi, którzy źle wpływają na naszą psychikę.

Oczywiście, to porada z dopiskiem „to zależy”. Bo wiadomo, że trudniej jest odpowiedzieć babci, która rzuca w nas tekstem: „coś ci się ostatnio przytyło”. Bo to babcia – może mamy z nią trudną, ale czułą relację. Może jest chora, może nie wiadomo, ile jeszcze z nami będzie.

I wtedy niekoniecznie chcemy się z nią konfrontować.

Sytuacje są różne. Ale jeśli tylko mamy przestrzeń i możliwość, by postawić granicę – warto to zrobić. Powiedzieć wprost: I don’t want this kind of negativity in my life.

Robiąc porządek na Instagramie i w socialach, warto też zrobić rewizję w realnym życiu. Z kim spędzamy czas? Kto nas buduje, a kto podkopuje?

Szukajmy ludzi, którzy robią nam dobrze w głowę.

Takich, którzy nie komentują, że ciocia przytyła, że komuś wyskoczyło coś na twarzy, i w ogóle „jak ona się tak mogła pokazać”.

Szukajmy osób, których nie trzeba prosić, żeby nie zrzucały na nas swojej negatywności – tylko takich, które po prostu tego nie robią.

Czwarty kroczek w tej drodze do samoakceptacji to uświadomienie sobie, że zdrowie fizyczne nie zawsze idzie w parze z wizualną „idealnością”.

To nie jest tak, że ciało jak z reklamy oznacza zdrowie. I nie jest tak, że ciało, które nie mieści się w kanonie „fit”, automatycznie nie jest zdrowe. To, że ktoś ma wyższy poziom tkanki tłuszczowej, nie ma żyłek, kratki na brzuchu, nie znaczy, że nie dba o siebie, nie trenuje czy się nie przykłada.

Może po prostu nie ma potrzeby albo ochoty, żeby doprowadzać swoje ciało do takiego poziomu niskiego otłuszczenia. Nie każdy ma też na to przestrzeń – czas, zasoby, warunki.

I nie każdy musi mieć tę ochotę. Nie każdy chce ważyć każdy posiłek, liczyć makro i być w deficycie. Niektórzy jedzą intuicyjnie i po prostu utrzymują wagę. Może mają trochę więcej tkanki tłuszczowej niż fit influencerki z reklam, ale to nadal jest zdrowy poziom – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Bo właśnie – mamy obecnie bardzo skrzywiony obraz tego, co jest uznawane za „zdrową sylwetkę”. W rzeczywistości to, co bywa pokazywane jako „ideał zdrowia”, bardzo często nie jest ani zdrowym punktem odniesienia, ani stanem, który da się utrzymać przez dłuższy czas bez kosztów.

Sylwetka, która nie spełnia współczesnych wizualnych kryteriów „fit”, nadal może być sprawna, silna, wydolna.

Może ta osoba dźwiga duże ciężary, biega, jeździ na rowerze, trenuje kilka razy w tygodniu. Może jest bardzo aktywna. Ale tego nie widać na pierwszy rzut oka.

Nie jesteśmy w stanie ocenić czyjegoś zdrowia po sylwetce. Jeśli ktoś potrafi to zrobić – od razu, bez badań – to powinna się tym zainteresować medycyna, bo taki talent mógłby być przełomem diagnostycznym.

Tak jak ta fit influencerka z kanoniczną figurą może być zdrowa… ale może też nie być. Nie mamy pojęcia, póki nie prześwietlimy całej jej kartoteki zdrowotnej, nie zajrzymy do wyników badań, nie poznamy szczegółów jej stylu życia, ciała, psychiki.

Tak samo pani Ania, która pracuje dwunastki, ma trójkę dzieci, opiekuje się chorą babcią i nie ma sylwetki wpisującej się w aktualne kanony – my też nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy jest zdrowa, czy nie.

Możemy jedynie stwierdzić to, co widać gołym okiem: że ktoś ma kratkę na brzuchu, chude nogi, opaleniznę, zarysowane mięśnie… albo że tej kratki nie ma, że jest trochę więcej tkanki tłuszczowej, że nie widać mięśni spod skóry.

I tyle. To wszystko, co da się „zobaczyć”. Ale żadna z tych rzeczy nie mówi nam wprost: to jest zdrowie, a to jest jego brak.

Bo tak samo mocno zarysowane mięśnie mogą być efektem zdrowego, świadomego treningu i fajnej rutyny… jak i efektem wypalenia, głodówki, kompulsji, obsesji, uzależnienia od treningu, czy permanentnego palenia papierosów przy jednoczesnym dźwiganiu na siłowni.

Nie dowiemy się też na oko, czy organizm pani Ani nie funkcjonuje przypadkiem jak szwajcarski zegarek. Może wyniki badań ma książkowe. Może mimo zmęczenia, jakie widać na twarzy, jej ciało i system nerwowy dają radę lepiej niż u wielu tych, co na pozór wyglądają na „fit”.

Bo właśnie – według definicji Światowej Organizacji Zdrowia zdrowie to nie tylko brak choroby czy kalectwa, ale stan pełnego fizycznego, psychicznego i społecznego dobrostanu.

I powiedzmy sobie szczerze – żadnego z tych „dobrostanów” nie da się zobaczyć jak przez rentgen. Nawet jeśli wiemy coś o czyimś życiu, to i tak nie mamy pełnego obrazu.

Więc tak – kanonicznie idealna sylwetka nie jest dowodem na zdrowie, a sylwetka, która w kanonie się nie mieści – nie jest dowodem na brak zdrowia.

Krok piąty

to taki trochę śliski temat, bo wiecie – wszelkie “mindfulnessy” i afirmacje to coś, o czym zwykle wypowiadam się z lekkim przymrużeniem oka. No bo umówmy się – samorozwój został tak przeromantyzowany przez social media, że momentami zamienił się w parodię samego siebie. Wszystko robi się przesadnie uduchowione, pełne świeczek, kryształów i afirmacji, które wypowiadamy nie dlatego, że cokolwiek dla nas znaczą, ale dlatego, że na kursie self-care za 600 zł (w promocji, tylko dziś, tylko tej nocy, zamiast 6000) tak kazali mówić.

Ale nie o tym mówimy. Nie chodzi o powtarzanie wyuczonych formułek, których nawet nie czujemy, tylko o zrobienie delikatnej kontry wobec tego wszystkiego, co codziennie mówi nam świat. A ten świat – nie oszukujmy się – raczej codziennie sugeruje nam, żebyśmy siebie nie lubili, żebyśmy ciągle coś w sobie poprawiali, korygowali, zmieniali. Rzadko dostajemy komunikat: „Jesteś okej”.

Dlatego można zacząć naprawdę mało spektakularnie. Na przykład zapisać sobie gdzieś – na kartce, w notatniku, na tapecie w telefonie – coś prostego i życzliwego. Nie musi to być “Jestem piękna, niesamowita i magiczna jak wschód słońca nad oceanem”, wystarczy:
„Moje ciało jest w porządku.”
„Jestem wystarczająca.”

To niby nic, ale te dwa słowa – „jestem wystarczająca” – potrafią czasem wstrząsnąć kimś bardziej niż niejedna przemowa motywacyjna. Bo wiele osób przez lata słyszało i wmawiało sobie coś zupełnie odwrotnego. I kiedy w końcu ktoś (nawet my sami) mówi im coś prostego i ciepłego – to potrafi naprawdę poruszyć.

Nie chodzi o popadanie w drugą skrajność. Nie trzeba nagle inwestować w kursy cud, które mają nam magicznie odmienić sposób myślenia. Ale też nie warto bez końca powtarzać sobie tylko to, co złe. Jak zawsze – chodzi o ten złoty środek.

Trochę łagodności wobec siebie naprawdę nie zaszkodzi. A może nawet pomoże.

Mam nadzieję, że te pięć kroków zabrzmiało dla Was przystępnie i że uda się z nich coś dla siebie wyciągnąć – nawet jeśli nie wszystko, to chociaż jeden, a może nawet tylko fragment. Trzymam za Was kciuki – za Waszą drogę, tempo i sposób, w jaki tę drogę przechodzicie.

Pamiętajcie, że każdy jest w innym miejscu i idzie w swoim tempie. Nie ma sensu porównywać się z innymi – skupmy się na swojej własnej ścieżce. Tylko tyle i aż tyle.

Dodaj komentarz