Dysmorficzne zaburzenia ciała

Umiałabyś mi opisać swój pokój z zamkniętymi oczami. Widziałaś go milion razy, znasz na pamięć,
normalny pokój, najnormalniejszy na świecie. Ma swoje wady i ma zalety, ale generalnie spełnia
swoją funkcję, lubisz go, albo w najgorszym przypadku masz do niego neutralny stosunek. On po
prostu jest i jest ci potrzebny żebyś w nim mieszkał, daje rade, więc wszystko jest ok.
Teraz postaw się w innej skórze. Wyobraź sobie, że mieszkasz w pokoju – w tym samym od prawie 19
lat, ale nie umiesz go opisać, a przynajmniej nie umiesz go opisać zgodnie z prawdą. Nie do końca
pewnie wiesz, czemu tak miałoby być, ale już tłumaczę.

Wyobraź sobie, że budzisz się rano i widzisz, że ściany są jasnobeżowe. To ładny odcień, neutralny,
nie razi, jest w porządku. Zauważasz kolor ścian (w twoich myślach wypisuje się jasno i wyraźnie
słowo: JASNOBEŻOWY) ale nie poświęcasz mu dużo swojej uwagi, po prostu wstajesz z łóżka i
idziesz zajmować się różnymi rzeczami i swoim życiem. Dzień mija, kładziesz się do łóżka.
Następnego dnia budzisz się, i gdzieś w tle twoich myśli nadal jest zanotowane, że ściany w twoim
pokoju są jasnobeżowe. Rozespanymi oczami zerkasz, upewniasz się, tak, są jasnobeżowe. Masz
dzisiaj dużo do zrobienia, to będzie pracowity dzień. Wstajesz, wychodząc z pokoju mijasz lustro,
spoglądasz na nie kątem oka i wtedy dzieje się coś dziwnego: po tym, jak zerknęłaś w lustro, ściany
nagle zmieniły kolor. Mają kolor wyrzyganego brązu. Całkowicie cię to rozbudza, nie wiesz co się
dzieje. Skoro wczoraj było tutaj jasnobeżowo, dlaczego dzisiaj nie jest (dzisiaj mocno i klarownie jawi
ci się w myślach KOLOR WYRZYGANEGO BRĄZU)? Potrząsasz kilka razy głową, zamykasz i
otwierasz oczy. Ale jedyny rezultat jest taki, ze głowa zaczęła cię boleć, a oczy szczypać. Ściany nadal
mają kolor wyrzyganego brązu. Okej, on niby jest do zniesienia, co prawda o wiele bardziej wolisz
inne kolory, ale dasz radę wytrzymać z tym. Trochę psuje ci to humor, bo ciągle zajmuje ci cenne
miejsce w przestrzeni myślowej. Wychodzisz z pokoju, idziesz zająć się swoją codziennością, ale przy
każdej czynności gdzieś tam tworzą się pytania i wątpliwości. Co takiego się stało, że ściany stały się
wyrzyganie brązowe? Czy ktoś coś zrobił, czy coś się stało, czy może… może to ty coś zrobiłaś?
Może sam siebie nie upilnowałaś, może coś się stało ale z twojej winy? Dlaczego akurat wyrzygany
brąz? Momentami udaje ci się przyciszyć myśli, bo jesteś bardzo zajęta, ale kiedy tylko pojawia się
odrobina miejsca, natychmiast wypełnia ją nadmierne analizowanie. Każde lustro i każda szyba jaką
mijasz w ciągu dnia ma nieodpartą moc przyciągania, musisz w nie spojrzeć, chociaż jednocześnie
bardzo mocno (i bardzo nieprzyjemnie) przypomina ci to sytuację z rana, za każdym razem kłuje w to
samo miejsce. Dzień się kończy, wracasz do domu, jesteś bardzo zmęczona chociaż nie do końca
wiesz czemu, nie zwracasz już uwagi na ściany, chcesz iść spać, tylko o tym myślisz. Budzisz się
kolejnego poranka. Ściany są jaskrawoczerwone. Brąz dało się przeżyć. Jaskrawej czerwieni
(J A S K R A W A C Z E R W I E Ń) nie da się przeżyć. Razi cię w oczy nawet, kiedy masz je
półprzymknięte – jest tak bardzo intensywna. Nie możesz wytrzymać. Chcesz jak najszybciej wyjść.
Nie masz już nawet siły zadawać sobie pytań i snuć przypuszczeń: ale jako że musisz obstawić jakiś
wariant, zakładasz najbardziej prawdopodobny: zrobiłaś coś bardzo nie tak. Przecież to twój pokój, ty
w nim mieszkasz, nikt inny nie ma tutaj klucza, może wejść jedynie kiedy ty go wpuścisz, więc
musiałaś sam sobie na to zapracować. W jaki sposób? Tego nie wiesz, masz jedynie przypuszczenia.
Masz też w miarę uchwycony plan działania, którego chcesz się podjąć możliwie jak najszybciej.
Chcesz doprowadzić do tego, żeby ściany były w najgorszym wypadku jasnobeżowe, a najlepiej, żeby
miały kolor kości słoniowej. Tak, kość słoniowa to byłaby najlepsza opcja (wszystko byłoby o wiele
prostsze i o wiele lepsze, gdyby w twoich myślach było czytelnie napisane KOŚĆ SŁONIOWA).
Wtedy na pewno nie myślałabyś o tym nieustannie – byłabyś po prostu bardzo zadowolona ze swojego
pokoju, więc nie byłoby sensu cały dzień rozdrapywać kwestii tego, jaki aktualnie ma kolor – miałby
bardzo ładny kolor, nie byłoby więc czym się martwić.

Ale póki co, jest czym się martwić. Wszystko razi. Nie umiesz myśleć. Nie chcesz na to patrzeć, to cię
boli w oczy. Chciałabyś je wypłukać łzami, ale nie umiesz produkować łez, kiedy jesteś wściekła. A
jesteś, na siebie, bo nie ma żadnego innego podejrzanego. Sam sobie zafundowałaś bolącą czerwień
więc nie masz prawa mieć o to do nikogo problemu; nie powinnaś też nikomu o tym mówić. To
chyba logiczne, że uznają, że odniosłaś porażkę. Prawdopodobnie i tak to właśnie robią: wyszłaś z
pokoju i poszłaś żyć, ale masz wrażenie, że wciąż świecisz na czerwono, dosłownie. Że cię
napromieniowało, że wszyscy to widzą, wszyscy to widzą jak ohydnie wygląda twój pokój, do jakiego
stanu go doprowadziłeś, widzą, patrzą z obrzydzeniem, odwracają wzrok bo nie mogą wytrzymać. Z
każdą minutą jest co raz gorzej i co raz więcej osób odwraca od ciebie wzrok albo patrzy z
obrzydzeniem. Świat dzieje się jakby za szybą, szumi ci w uszach, nie umiesz myśleć o niczym
innym, całą twoją głowę wypełnia jaskrawa czerwień. Widzisz ją wszędzie i wszędzie jest jej o wiele
za dużo. Nie umiesz zasnąć wieczorem. Jaskrawa czerwień. Wszystko razi. Wszystko jest nie do
zniesienia.

Dni mijają. Brąz, czerwień, fiolet, pomarańcz, odcienie różu, okazjonalnie beż, czasami zgniła zieleń,
czasami kobalt.

Nie wiesz gdzie mieszkasz. Dosłownie. Nie umiałabyś nikomu wytłumaczyć. Codziennie jest inaczej,
nie wiesz, od czego to zależy. Jak masz czuć się tutaj bezpiecznie, skoro nigdy nie wiesz, co cię
czeka? Budząc się nigdy nie wiesz, co przyniesie ten dzień. Nie wiesz, czy będzie przyjemny czy
okropny i niemożliwy do wytrzymania. Nie wiesz nic, nigdy. Kiedy patrzysz raz, jest tak, a kiedy
patrzysz po chwili, jest już zupełnie inaczej: wydaje ci się momentami, że to przecież niemożliwe i że
najprawdopodobniej zaczynasz wariować, albo nie zaczynasz, tylko już zwariowałaś. Zaczynasz bać
się proponować komukolwiek wizytę, bo skąd masz wiedzieć, czy w dniu zaplanowanych odwiedzin
nagle nie stanie się rażąco jaskraworóżowo albo ohydnie fioletowo? Przecież jak tylko ktoś to zobaczy
i poczuje, jak bardzo go ta czerwień razi, albo fiolet odrzuca, natychmiast będzie chciał wyjść. I albo
to zrobi, udowadniając ci jak okropnie nie potrafisz sobie radzić z tak błahą i przyziemną rzeczą jak
porządne przemalowanie pokoju, albo będzie zaciskał zęby i starał się wytrzymać, żeby nie zrobić ci
przykrości, ale ty będziesz widział, będziesz doskonale widział w wyrazie jego twarzy i w zmęczeniu
jego spojrzenia, że już ma dość, że już nie chcę męczyć się patrząc na to, co go otacza.

Czasami wpadasz w ciągi dni brzydkich kolorów, i wtedy masz wrażenie że całe życie przeżywasz z
oczami otwartymi tylko do połowy, z tylko połową zdolności do skupiania się i logicznego myślenia, i
przede wszystkim, z tylko połowicznym śmiechem, tylko połowicznymi emocjami, tylko
połowicznym odczuwaniem. Wszystkie pozostałe połówki są zjedzone przez twoje nieustanne
krążenie myślami przy tych cholernych ścianach i przy wyrzutach sumienia.

Niepokoi cię to, że wpadasz w obsesje. Zaczynasz obserwować innych ludzi. Zaczynasz ich podglądać
i podsłuchiwać. Nie chcesz dla nich źle, nie chcesz im zrobić krzywdy: chcesz tylko i wyłącznie mieć
porównanie. Niestety, z jakiegoś powodu zawsze wypadasz gorzej, wygląda na to, że każdy umie
ogarnąć własny pokój i nie ma z nim problemu, tylko z tobą jest coś nie tak i nie umiesz sobie z tym
poradzić. Praktyka porównywania cię boli, ale wciąż uparcie i namiętnie poświęcasz jej czas i energię.
Po jakimś czasie udaje ci się z tym skończyć, wyrobić sobie obojętność na kolory ścian w pokojach
innych osób. W pewnym momencie zaczynasz chcieć dmuchać na zimne: kiedy tylko słyszysz albo
widzisz, że ktoś choćby słowem krytykuje miejsce, w którym mieszka, starasz się natychmiast
sprowadzać go na ziemię i uświadamiać mu, że nie ma złych kolorów, że każdy ma inny gust, że ich
kolory są świetne, i że nie powinni się przejmować, że na przykład trochę się zmieniły na przestrzeni
czasu: to normalne, że farby blakną, że pod światło widać inaczej, że czasami ludzie mają zaburzoną
percepcję. Wszyscy słuchają twoich rad, cieszą się, że ich udzielasz. Zaczynają akceptować to, że ich
pokoje nie zawsze są nieskazitelne jak z magazynu o urządzaniu wnętrz. Ale z jakiegoś powodu,
którego nie umiesz zidentyfikować, wydaje ci się, że do ciebie twoje własne rady mają się nijak. Że
skoro to wszystko wiesz, to powinieneś też doskonale wiedzieć, jak utrzymywać pokój w
nieskazitelnym stanie. W idealnym. Zawsze. Od każdej strony. W każdym świetle. W każdym kadrze.
Każdego dnia. Nie masz prawa przykrywać się wymówkami.

Jednakże dajesz z siebie wszystko, żeby poprawiać nastroje innych, bo nie chcesz, żeby kiedykolwiek
spadli tak głęboko jak udało się to zrobić tobie. Nawet jeżeli za nimi nie przepadasz, za nikim nie
mógłbyś nie przepadać aż tak, żeby chcieć dla niego aż tak źle.

Najgorszym elementem tej spirali jest to, że ty faktycznie, w samym środeczku siebie z całą
prawdziwością mówisz tym ludziom, że mają piękne pokoje: faktycznie tak uważasz. Nie mówisz im
tego, żeby poczuli się lepiej, żeby połechtać im ego, żeby zamydlić im oczy: nie. Ty naprawdę tak
uważasz i naprawdę widzisz, jak pięknie mieszkają. Widzisz, że smuga przy klamce, albo okopcony
skos nad kaloryferem, albo jedna ściana w kolorze niepasującym do pozostałych, tak naprawdę dodają
tym pokojom oryginalności. Drobne rzeczy, które mogłyby być uznane za niedoskonałości, tak
naprawdę genialnie komponują się z całością i dodają jej tego czegoś, czego żaden inny pokój nigdy
nie będzie miał. Widzisz piękno w pękającej, odrapanej farbie, widzisz wyjątkową fakturę, która
powstała niezamierzenie, bo ktoś niedokładnie umył pędzel, widzisz wielką plamę która istnieje, bo
ktoś przewrócił się trzymając w ręce kubek z kawą – za każdym razem widząc to, nie masz przed
oczami złych rzeczy które trzeba koniecznie naprawić, tylko ciekawe, wyjątkowe i na swój sposób
piękne drobiazgi, które opowiadają własne historie. Inni ludzie z jakiegoś powodu nigdy… nigdy,
NIGDY nie mają pokoju świecącego na przerażająco jaskrawą czerwień albo odpychającego fioletem
czy też brązem. Nie wiesz, jak to robią, że mimo tego, że nie mają tam perfekcyjnie, udaje im się
unikać tych strasznych barw.

Ale to brzmi zbyt sielankowo, żebyś mogła sama się do tego stosować. Nie.
Z tobą jest inaczej niż z innymi ludźmi. Ty musisz zawsze mieć idealnie.

Nie rozumiesz, co mówią do ciebie inni.

Kilka razy przemogłeś się i pozwoliłeś komuś tam zajrzeć. Wejść do środka. Czasami bardzo się tego
bałaś, i czasami faktycznie działo się najgorsze, co mogło się dziać: w dzień wizyty wszystko raziło
(J A S K R A W A C Z E R W I E Ń), wszystko było za mocne, wszystko bolało w oczy. Trzęsłaś się
w środku, bałeś się reakcji. Nie chciałaś. Chciałaś się schować, chciałaś być niewidoczna. Czułaś się
ohydnie. Bałaś się. Wszystkie stresujące i negatywne odczucia jednocześnie.
Twój umysł nie rozumiał co się dzieje, kiedy rozmawiałaś z innymi ludźmi o swoim pokoju.
Kurczę, ale ładny odcień beżu masz na tej ścianie z drzwiami.
(ona jest bordowa i nie mogę na nią patrzeć)
Bardzo podoba mi się to połączenie bieli z szarością
(przecież tam wszystko jest ohydnie fioletowe tam nie ma nic szarego a tym bardziej białego)
Oddałabym wszystko żeby mieszkać w takim pokoju
(nie rozumiem co może ci się w nim podobać po co chcesz przeprowadzać się w gorsze miejsce)
To najpiękniejszy pokój jaki kiedykolwiek widziałem
(w jakim języku ty mówisz)
Nie mogę przestać o nim myśleć
(wiem że jesteś straumatyzowany tym widokiem)

 

[za każdym razem kiedy myślisz o kolorach i kiedy się nimi zajmujesz, wydaje ci się że nie jesteś sobą
i że bardzo mijasz się z tym, czym faktycznie powinieneś się zajmować, ale nigdy nie umiesz przestać]

 

 

 

/prywatny pamiętnik, 2018

Dodaj komentarz